Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje muzyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje muzyki. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 22 maja 2016
Radiohead - A Moon Shaped Pool
Jeśli mnie pamięć nie myli, Thom ostatni raz krzyczał na nas przy okazji dodawania dwa i dwa. Radiohead jako zespół z kolei krzyczeli ostatnio na tęczowej płycie. No a potem przestali.
Zmiana w brzmieniu kolejnych albumów zespołu ma znamiona dorastania. Zaczyna się od młodzieńczej energii, by w wieku nastoletnim wejść w okres buntu i fascynacji rzeczami zakazanymi, dalej otrzeć się o stany mroczne i depresyjne, wskoczyć na chwilę do pociągu niezadowolenia z rządów świata, rozprawić się z nostalgiami i starymi kasetami VHS, wreszcie odnaleźć własną dojrzałość niczym stare drzewo, co niejedno już widziało. Gdzie zatem jesteśmy teraz? Odpowiedź jawi się teledyskiem do piosenki "Daydreaming". Thom wygląda na starego i zmęczonego, oślepionego światłem słonecznym. Codzienne życie to już tylko tło podróży, której finał czeka nie wśród cywilizacji, a w pierwotnej scenerii ognia i lodu. Radiohead nie gra już i nie śpiewa dadaistycznym buntem i zawoalowanymi metaforami. "A Moon Shaped Pool" oferuje muzykę dojrzałą i wysublimowaną, która prędko przecieka przez uszy, jeśli nie poświęcić jej dość uwagi. Nie ma tu krztyny krzyku, hałasu, nie ma kakofonii dźwięków i znaczeń, nie ma pośpiechu. To proste piosenki ludzi, którzy wiedzą o świecie znacznie więcej, niż wiedzieli kiedyś.
Ale piosenki to coś więcej, niż głosy i słowa, to również muzyka. Z pozoru prosta i melodyjna, daje co chwila znać, że w tle czai się coś głębszego, mroczniejszego. Nawet końcowe, skądinąd znane już, "True Love Waits" przestało być młodzieńczym zawodzeniem z gitarą solo w tle, zamiast tego rozabstrakcyjnionym fortepianem kreując obraz nie tyle niepokojący, co zachęcający do zastanowienia, refleksji. Radiohead nie eksperymentują już, na tym etapie swojej kariery podporządkowują narzędzia i umiejętności założonemu celowi, zamiast szafować formami, teksturami.
Przyznam, że podoba mi się taka muzyka. Bez przebojowości, nieintensywnie eksplorująca część tematów, o których zespół chciałby swoim słuchaczom zaśpiewać, raczej nie wzbudzi porywających uczuć. Na pewno jednak zapewni wiele, wiele fascynujących przesłuchań, podczas których co chwila słychać nowy dźwięk, nowe współbrzmienie, nowe znaczenie. Eksplorujmy, próbujmy zrozumieć - na kolejną taką okazję z pewnością długo poczekamy.
Labels:
radiohead,
recenzje muzyki
niedziela, 4 stycznia 2015
David Lynch - Crazy Clown Time
Oczywiście, David Lynch nowicjuszem w świecie dźwięków nie jest. Każdy, kto zna trochę dorobek tego znakomitego twórcy, spoglądał pewnie z uśmiechem politowania na grzmiące materiały reklamowe o porażającym debiucie reżysera na rynku muzycznym. Prawda to natomiast, że "Crazy Clown Time" jest debiutem na polu piosenki, mniej lub bardziej, popularnej. Jak zatem sprawdza się, wypracowana przez lata, stylistyka niepokojącego i często nadprzyrodzonego psychologicznie horroru, przełożona na język dźwięków i słów?
Króluje przede wszystkim efekciarstwo, ale takie pozytywne, prowadzące do maksymalnego utematycznienia kolejnych kompozycji. Dużo tu brudu, nie naturalnego jednak, a przygotowanego w studiu z pomocą niezliczonych procesorów dźwięku i wykalkulowanego na osiągnięcie ustalonego rezultatu. Piosenki, niby grane na instrumentach i śpiewane przez prawdziwych ludzi, brzmią sztucznie i niezbyt swobodnie, jakby zduszone w sztywnych ramach, które dla nich ustawiono. Mało doświadczony producent zjadłby na takiej konstrukcji własny ogon i wydał ciąg upozowanych potworków, ale Lynch i jego współpracownik wiedzą dobrze, co robią. Efekt końcowy razi tak naprawdę tylko w dwóch, otwierających płytę, kompozycjach. Potem jest już tylko lepiej, aż do "Strange And Unproductive Thinking", stanowiącego klejnot albumu monologu, który natychmiast kojarzy się z tą samą pozycją na "OK Computer" zespołu Radiohead. Utwory na "Crazy Clown Time" są jak filmy krótkometrażowe, każdy ze swoją historią i odpowiednim klimatem, każdy w subtelnym stylu reżysera i o charakterystycznych dla niego tematach. Naprawdę, jest o czym słuchać, a wyobraźnia ma okazję pracować na pełnych obrotach, przedzierając się przez gąszcze aluzji i niedopowiedzeń, wszystko w towarzystwie zmutowanych, bluesowych i rockowych form. Zabrzmi to może banalnie, ale fanów dorobku filmowego pana Davida spotka tu more things that happened, co powinno ich cieszyć niezmiernie i łagodzić ból oczekiwania na kolejny film, który może już nigdy nie nadejść.
Pomimo mrocznawych nastrojów, płytę łatwo odsłuchuje się wiele kolejnych razów i to jest jej wielka siła. Muzyka popularna? Raczej się nie udało, zbyt trudną rozrywkę proponuje Lynch. Muzyka wartościowa? Zdecydowanie tak.
Labels:
david lynch,
recenzje muzyki
wtorek, 14 października 2014
Virlyn - Man Asleep
Za pierwszym razem mój umysł nie zauważył tak do końca, że słucha, zatransowany i zapracowany wyliczaniem kolejnych skojarzeń dźwiękowych - a tu brzmi jak Nemezis, a to przywołuje ducha Alio Die, ach tak, jeszcze mi przypomina Deathprod. O nie, mruknąłem sam do siebie, tak być nie może. Posłuchałem raz drugi, trzeci, dużo. Nie nudziłem się z pewnością, bo "Man Asleep" to twór znakomity.
Już początek zdradza nadchodzące niebanalności. Chruszczące, tajemnicze tło skupia uwagę, by po chwili zaczarować prostym, dwutrzynutowym pochodem - niepokojącym, subtelnym, fascynującym. Dalej jest podobnie, nienachalna elektronika brzęczy i świerszczy w towarzystwie powykrzywianych duchów instrumentów klasycznych oraz nagrań terenowych, kuchennych, łóżkowych, nieidentyfikowalnych. Chwilami czuć odrobinę światła słonecznego, moment oddechu od mrocznych zakusów tych dźwiękowych konstrukcji, ale większość czasu spędzimy w zasnutych mgłą pokojach zapomnianych domostw, cieknących od deszczu zapleczach filharmonii i zaskoczonych naszą obecnością czeluściach pierwotnych lasów. Virlyn kreuje impresje, które chciałbym usłyszeć w kontemplacyjnym filmie grozy i smutku, straszącym szczerością emocji i niedopowiedzeniem mistycznych scenerii. Mamy tu do czynienia z ambientem jako narzędziem, z jego arsenałem środków i technik studyjnych i merytorycznych, do nieskrępowanego kreślenia obrazów i uczuć, bez oglądania się na muzyczne gatunki.
Album kończy się nagle, milknąc tuż po kilku minutach melodycznych pogłosów, pozostawiając leciutki niedosyt. Dlaczego tych wspaniałości nie może być więcej? Dlaczego te zachwycające impresje muszą być tak krótkie? Pozostaje posłuchać całości raz jeszcze, co bez znużenia i z ochotą czynię, skuszony tym ulotnym filmem bez słów.
Labels:
recenzje muzyki,
virlyn
czwartek, 27 marca 2014
Automatik - Cosmoson5
Zwykłem poruszać się po grząskich gruntach muzyki merytorycznie poważnej, zadumanej, mistycznej i tajemniczej. Taki już zapewne los osoby nieskorej do prostej rozrywki. Tym bardziej, ku mojemu zaskoczeniu, zachwycam się jednostkowym, zapomnianym, dawnym dziełem polskiego duetu Automatik.
Urocze chmurki na okładce sugerują już na wstępie jedną z podstawowych zalet opisywanego albumu - żywą, niewymuszoną przestrzeń. Bez tricków i premedytacji, każdy z pięciu utworów płynie antyklaustrofobiczną motoryką, której trudno odmówić przyjemnego rozpędzenia. Bo jest też 'Cosmoson5' albumem zorientowanym rytmicznie i repetytywnie. Wiele straci jednak ten, kto zrezygnuje z audycji, zniechęcony powtarzalnością struktur. Tu nie ma nic minimalnie i ubogo; prostota kompozycji, urozmaicenie melodyczne, mnogość improwizacyjnych zagrywek sprawiają, że beat nie razi, nie nuży, a zamienia się w silnik, napędzający muzyczny odrzutowiec. Nie przewidziano miejsca na nudę, ale też nie zastępowano jej udawaniem, że ma Automatik ambicje na bycie dziełem ważkim i ciążącym na sercu. Te dźwięki to znakomita rozrywka, odjechany chillout, który wygrywa z wieloma innymi albumami na gruncie częstych odsłuchów. Jak dla mnie, "Gajkowale" mogłoby sobie pogrywać nawet godzinę.
Labels:
automatik,
recenzje muzyki
sobota, 23 listopada 2013
Ea - Öl
Niezaprzeczalnymi miłością i szacunkiem darzę dorobek tej polskiej grupy. Ich debiutancki album (opisywany tu już przeze mnie) odciął mi głowę i wrzucił do oceanu na zupełnie innej planecie, gdzie muzykę wyobraża się sobie bardzo odmiennie od moich, prostych wówczas, wyobrażeń.
"Öl" to, o ile pamięć nie zawodzi, ostatni album zespołu. Szkoda, wielka to szkoda, bo też mam z nim naprawdę spory kłopot. Charakterystyczne brzmienie obecne jest tu od pierwszych sekund, szurając, stukając i dronując sobie w najlepsze. Zwyczajne i tajemnicze rejestracje żywej rzeczywistości splatają się z głównie nierozpoznawalnymi instrumentami, przefiltrowanymi nieprzenikalną ścianą elektryki. Stylistyka znana, klimat zachwycający dla każdego, kto przebrnął przez wysiłek zdobycia tej płyty. W końcu jednak przychodzi czas na utwór trzeci...
Absolutne odrealnienie. Przejmujące przeczucie. Stres oczekiwania, spleciony z narkotycznym uspokojeniem. Doprawdy, poświęcenie uwagi owym siedemnastu minutom wyrzuca słuchacza poza rzeczywistość, każe obserwować ją z boku, niczym istota o umyśle sięgającym całych wszechświatów, która niespecjalnie rozumie celowość i konieczność tego całego ruchu. To ekstatyczne ambientowe doznanie, jakich niewiele dane było mi słyszeć.
O kłopocie zatem. To nie tak, że którakolwiek kompozycja jest słabsza od pozostałych. Sytuacja to zgoła przeciwna - jedna z nich sięga poziomu tak odległej perfekcji, że aż trudno zauważa się cokolwiek innego. Słyszalne jest to dość wyraźnie, gdyż utwór trzeci pochodzi niejako z innej planety, niczym wtrącenie z zupełnie osobnej płyty i odstaje od swoich braci wystarczająco zauważalnie, by powodować swoistą niewygodę. Dlatego, mimo pierwszego zdania tej recenzji, mieszanym uczuciem obdarzam ostatnie dzieło Ea. Mocno zdezorientowanym, chociaż ciągle zachwyconym.
Labels:
ea,
recenzje muzyki
qualia - Activity
Genialne bywa najczęściej proste i niepozorne - taka oto myśl zawitała w mej głowie, gdy po raz drugi, wciąż z lekkim niedowierzaniem, wysłuchałem całości tego znakomitego albumu.
Zaczęło się od leniwego przeglądania nowości na bandcamp.com. Urocza okładka (mam słabość do retro informatyki) zachęciła do krótkiego rzucenia uchem i... przepadłem. Qualia to, tak właściwie, nie wiadomo kto, ale muzykę produkuje smakowitą. Każda kompozycja wrzeszczałaby RETRO na prawo i lewo gdyby nie fakt, że wrzeszczenie do niej nie pasuje. Niemal ambientowe stonowanie, w połączeniu z relaksującą, pomysłową, nieskomplikowaną melodyką i bujającą rytmiką, kojarzy się ze starymi filmami o zbuntowanych, komputerowych inteligencjach, z baaardzo wczesnymi wizualizacjami trzy-de oraz szaro-beżowymi obudowami sprzętu. Alternatywna ścieżka dźwiękowa do słynnego obrazu o cyfrowym życiu i świecących dyskach na plecach? Jak najbardziej.
Za album można zapłacić dowolną sumę, więc, naturalnie, zachęcam do wpłacania jak największej. Warto, chociażby za samo "Bandwidths". Idźcie i płaćcie za to wszyscy.
Labels:
qualia,
recenzje muzyki
niedziela, 19 maja 2013
Fluke - Risotto
W latach dziewięćdziesiątych, w czasach nieskrępowanej wolności i nieposkromionej fantazji, w (zapewne) ostatnim okresie nowatorskich pomysłów muzycznych, jednym z czołowych gatunków muzycznych było techno. Oczywiście słowa tego używano zarówno dla określenia bezmyślnej łupanki, jak i ambitnej, elektronicznej muzyki opartej głównie na wyraźnie zaznaczonym rytmie. W tej recenzji napotkamy ów drugi przypadek.
Fluke poznałem dzięki ścieżce dźwiękowej do gry WipEout. Było to przemiłe spotkanie więc, kilka lat później, radośnie skorzystałem z możliwości nabycia ich przedostatniego albumu. Nie żałuję do dziś. Brzmienie londyńczyków ma wiele punktów wspólnych z wielkimi tamtych lat - Orbital, Underworld - wyróżniając się jednocześnie bardzo skutecznie skłonnością do klinicznie sunących padów, budowanych z pomocą efektów dźwiękowych bezkresnych przestrzeni oraz wysmakowanymi zmianami tempa. To ostatnie jest na "Risotto" szczególnie słyszalne, gdyż utwory przenikają się i ewoluują z siebie nawzajem do takiego stopnia, że mamy wrażenie słuchania wieloczęściowej suity, czy może ścieżki dźwiękowej dla nieznanego filmu z dalekiej przyszłości. Skłaniałbym się nawet do nazwania tej płyty concept albumem - tak bardzo programowa jest ta muzyka, tak bardzo spójne brzmieniowo i stylistycznie są kolejne utwory.
Kiedy mam ochotę na futurystyczne dźwięki, kiedy mam nastrój na inteligentną, pobudzającą wyobraźnię rytmikę, kiedy chcę poczuć pęd i otwartą przestrzeń, zakładam na uszy słuchawki z dobrym basem i włączam "Risotto". To naprawdę szczególne dzieło, niestety wiele mniej znane, niż inne, współczesne mu. Pozwolę sobie mieć nadzieję, że przynajmniej teraz, ponad dziesięć lat później, świat odkryje i doceni Fluke na nowo.
Labels:
fluke,
recenzje muzyki
czwartek, 24 stycznia 2013
An Moku - Mononocle
Senne hałasy z krainy stukozgrzytu. Tak pokrótce mogę określić 'Mononocle', album wydany w niestrudzonym etaLABEL. Przyjemnie ambientowe plamy i zawieszenia toczą tu bitwę z przeróżnymi formami nowoczesnego, elektroakustycznego brzęczenia. Niestety przegrywają.
Zauważam pewnego rodzaju ewolucję w opisywanych przeze mnie wydawnictwach. Noiko raczyło słuchacza akustyczną głównie podróżą po strzępionych melodiach i rozsypanych rytmikach. Na 'Structure Of' nie było za wiele akustyczności, ale organiczne, ciepłe struktury ułatwiały odbiór serwowanych na płycie elektronicznych abstrakcji. An Moku stawia krok dalej, sięga po (jak wynika z opisu) brzmienia jak najbardziej naturalne, rzeczywiste, topiąc je w syntetycznym wywarze tak żrącym, iż o organicznym, ciepłym dźwięku nie może być mowy. Przypomina mi to Bionulora, który z sukcesem zestawiał nowoczesne z tradycyjnym. Na 'Mononocle' nawet ewidentne dla słuchacza drewniane stuki i szurania brzmią sztucznie, niczym wyznania miłosne metakomputerów.
Pisałem wielokrotnie już, że nie znoszę hałasu w muzyce. Opisywany album niestety ociera się chwilami o nadmierne epatowanie niesubtelnością. Potwierdza rosnące we mnie od pewnego czasu przekonanie o postępującej amuzyczności we współczesnej elektronice. Bądźmy szczerzy, otwórzmy szerzej uszy: 'Mononocle' to po prostu sound art. Ja bardzo lubię sound art, doceniam co ciekawsze jego przejawy. Jako taki sound art jawi się dzieło An Moku frapującym, różnorodnym albumem, gdzie okazjonalny, głośny pisk bezbłędnie pasuje do futurystycznego uroku całości.
Labels:
an moku,
recenzje muzyki
czwartek, 18 października 2012
Hoarfrost - Ground Zero
O muzyce takiej jak ta zwykłem mawiać "mielony mrok". Bo i takie dokładnie są dźwięki, którymi raczy nas ojczysty Hoarfrost, dokładając tym samym cegiełkę do polskiej sceny industrialoambientów. Czy jednak tocząca się przez głośniki, zbita i chropawa masa szaroburych tekstur oraz złomowych struktur nudzi? Ależ nie, ani trochę. Ta muzyka to mroczny ambient w świetnym, uniwersalnym wydaniu uniezależnionym od duchowych i przestrachowych preferencji słuchacza. 'Ground Zero' kreuje atmosferę w oparciu o wyobrażenia, które prawdopodobnie nie stracą na aktualności jeszcze przez dziesięciolecia.
Moją uwagę w szczególności przyciągnął absolutny brak tak popularnego, okrutnie irytującego, motywu pseudoperkusyjnych zagrywek z wykorzystaniem hałaśliwych stuków masy i maszyny, a rozumianego chyba jako spełnienie mariażu industrialnego z wyciszonym, gwałtownego z mrocznym. Staram się usilnie unikać kontaktu z bezsensowym hałasem w muzyce i tutaj Hoarfrost ma ode mnie sporego plusa - za trzymanie się z daleka od banału przy jednoczesnym zawarciu w swoich dźwiękach wystarczającej ilości zatrzymujących uwagę pomysłów kompozycyjnych, by kontakt z banałem nawet nie kusił.
Z czystym sumieniem zatem polecam tę płytę. Nie każdemu, bo gdzieżby. Polecam wszystkim spragnionym ciekawego - jako tło tudzież centrum atencji - mroku mielonego.
Labels:
hoarfrost,
recenzje muzyki
sobota, 1 września 2012
Pete Namlook & Move D - Sexoid
Dla wszystkich, którzy kilka płyt temu już obawiali się o przyszłość tego muzycznego duetu mam dobrą wiadomość: Sexoid jest znakomity! Nieważne jak długa była droga do tego albumu i ile niekoniecznie słabych, ale też niezbyt ważkich tworów pojawiło się po drodze. Osiemnastka przynosi huragan świeżości nie tylko do skostniałej maniery ambientowego idm-plumkania nadobecnego w tej długaśnej serii. Jest na tyle dobra, przebojowa, pomysłowa i wysmakowana, że byłbym skłonny wznieść ją na dość wysoki piedestał i nazwać bez ogródek: jedną z najlepszych płyt kiedykolwiek wydanych w Fax.
Jeśli kogoś oślepił entuzjazm wylewający się z tego tekstu nie odwracajcie wzroku! To naprawdę szczery, recenzencki obowiązek przeze mnie przemawia. Panowie Namlook i Moufang poszli tu na całość, zaprzęgnęli do pracy wszystko co najlepsze w ich muzyce, a ominęli skrzętnie całą, dyskusyjnie wartościową, resztę. Do słuchacza docierają zatem połamane ambienty oparte na zmyślnie dobranych skrawkach melodii, strzępkach słów, elektronicznych wyładowań oraz... tak, również tych zgrzytopiskach, które od czasu trylogii Raumland nierozłącznymi są elementami muzyki tego duetu. Pojawiają się też stukające rytmy o skomplikowanej, niekoniecznie typowo perkusyjnej, strukturze. No i wreszcie to, co najlepsze. Funkowe basy, jazzowe melodyjki zmutowane przez całą armię elektronowych robotów i wywiezione bezlitośnie na planetę synkopowanego electro! Pan Spyra mógłby pozazdrościć lekkości, z jaką podany jest tu groove. Pan Atom z pewnością zdziwiłby się, że tak małą ilością sampli można osiągnąć efekt tak wysoce czadowy. Koolfang Duo to jednak profesjonaliści i nawet, jeżeli nie zawsze starcza im weny na dokonywanie nagrań legendarnych, to co jakiś czas potrafią przypomnieć o sobie w najlepszy ze sposobów.
Labels:
david moufang,
move d,
pete namlook,
recenzje muzyki
sobota, 7 lipca 2012
Krzysztof Orluk & Bai Tian - Structure Of
Mogę się oczywiście mylić, ale muzyczne kolaboracje między Chinami a Polską nie należą do zjawisk częstych. Z tego już chociażby powodu recenzowany tu album domaga się atencji zarezerwowanej dla takich szczególnych. Nawet jednak mimo faktu, iż ojczyzna Konfucjusza kojarzy mi się z czymś więcej niż tylko z przeludnieniem i lokalizacją fabryk większości liczących się dziś producentów sprzętu, to zmuszony jestem przyznać się ze skruchą: o współczesnej muzyce chińskiej wiem nic.
Krzysztof Orluk i Bai Tian na zmianę wypełniają kolejne części tego albumu dźwiękami kojącymi równie, co zaczepnymi. Mimo niepomijalnej obecności całej masy elektronicznych brzęczeń i sprzężeń (czyżby znak rozpoznawczy wytwórni?), a nawet zgrzytów o iście industrialnym rodowodzie, na przemian hałasujący i usypiający "Structure of" przywodzi na myśl naturę. Taką niezbyt oddaloną od przejawów antropocentrycznego geniuszu, ale wciąż żywą, wytrwałą i, co najważniejsze, ciągle niepojętą. W tym kontekście wspomniane elektronowe wyładowania kojarzą się ze świergotem, skrzypieniem i gwizdem fauny i flory - hałaśliwym tylko z powodu naszego nieprzystosowania. Czy zatem niespokojny, cyfrowy szum to odgłos drzew na wietrze, przetworzony tak dalece przez jedyną słuszną i nieomylną cywilizację? Może pyki i trzaski sugerować mają nietrwałość drewna i kruchość liści? Co, jeśli najgłośniejszy ze zgrzytów to jedynie cykada, która przysiadła nam na ramieniu?
Dziewiętnasta propozycja ETALABEL pozytywnie zaskakuje. Ktoś taki jak ja, zdecydowanie stojący w opozycji do wszelkich przejawów hałasu z muzyce, byłby może skłonny oddalić się jak najprędzej od przyjemności słuchania tego niepozornego muzycznego klejnotu. Z drogi zawróciłaby mnie jednak magiczna wielopłaszczyznowość zasłyszanych tu dźwięków. Kręcąc więc z niedowierzaniem głową, zdziwiony jak wiele jeszcze jest do odkrycia w wyeksploatowanym zdawać by się mogło gatunku, jakim jest współczesny, elektroniczny ambient, rekomenduję "Structure of" szczególnie.
Labels:
bai tian,
krzysztof orluk,
recenzje muzyki
sobota, 19 maja 2012
Madonna - Music
Gdy się tak przez chwilę zastanowić, to zjawisko idoli jest nieskończenie fascynujące. W naszych kręgach kulturowych oczywiście prawie nie używa się tego pojęcia - w przeciwieństwie do Japonii - ale to absolutnie nie dyskwalifikuje faktu istnienia takowych.
Co zatem sprawia, iż jedna osoba potrafi poruszyć miliony innych? Jaka magia ma miejsce gdy ludzie płaczą ze szczęścia w reakcji na nową płytę, na koncert, na teledysk?
Uwielbiam Madonnę - ja, deklarowany przeciwnik popu - za tę właśnie magię. Na razie wprawdzie moje uwielbienie ograniczone jest do płyty 'Music' oraz jej poprzedniczki, ale to nie jest ważne. Wart zauważenia jest fakt osiągnięcia przez Madonnę - być może chwilowo, ale tak to już z oświeceniem bywa - poziomu geniuszu, na który może pozwolić sobie bardzo niewiele istot ludzkich. Ja w pełni swej naiwności wierzę, że idol to nie ktoś, kto tworzy dla zabawy, pieniędzy, satysfakcji. Hołdując takim wartościom poruszyć da się dziesiątki, może setki tysięcy słuchaczy - milionów nigdy. Prawdziwy idol to, w najdosłowniejszym tego stwierdzenia znaczeniu, istota wyższa. Nieważne jak żyje, co myśli - nikt nie jest przecież idealny (o czym Madonna zdecydowanie wie, skoro sama o tym śpiewa). Prawdziwy idol potrafi, jeśli chwila jest ku temu odpowiednia, sięgnąć umysłem, sercem czy tam duszą, znacznie dalej niż przeciętny człowieczek - nawet jeśli tylko na kilka chwil.
Takie właśnie jest 'Music' - efekt ekscentrycznego geniuszu przełożonego na język najbardziej pojemnej kategorii muzycznej na świecie. Królowa Popu z równym zaangażowaniem produkuje czystą dźwiękową rozrywkę, co rozdziera serce szczerością swoich ballad. Przy akompaniamencie elektroakustycznych wyładowań nowoczesnych brzmień oddaje się temu, co robi najlepiej.
Nie mieć tej płyty, nie doceniać zawartej na niej muzyki rozumiem jako równoznaczne z kompromitacją muzycznej wrażliwości. Ja osobiście z przyjemnością takiej kompromitacji unikam.
Labels:
madonna,
recenzje muzyki
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Björk - Biophilia
Odnoszę wrażenie, że Björk odnalazła na tej płycie samą siebie. Zaczerpnęła z homogenicznej prostoty, wyplątała się z koronek, zaufała na powrót instrumentom innym niż wrodzone ludziom, wreszcie zamiast mutacji kaczki z tęczą ubrała się w gwiazdy. W ten oto sposób otrzymaliśmy niepozorny, pokręcony jak krystaliczne struktury, obłędnie piękny album oraz - za czym pewnie tęskniło wiele, wiele osób - mamy Björk taką, jaką pokochaliśmy dawno, dawno temu. Piękna Islandka, tym razem z harfą na brzuchu i plejadami we włosach, znów śpiewa piosenki, które da się zanucić, zapamiętać, pokochać. Jest tu wszystko, co najlepsze: kruche melodie, kapryśna elektronika, odjechane quasi-orkiestrowe aranżacje i zabawy z głosem. Tym razem jednak dało się pogodzić te elementy w sposób, który nie wywołuje efektu uniesionej brwi.
Nie chcę, by źle zrozumiano to, co tu wypisuję - jak najbardziej uważam każdy album Björk za arcydzieło. Mimo to Biophilia jest czymś więcej. To genialne wyjście z odwiecznego konfliktu wysublimowanego z prostym, trudnego z przystępnym, zaawansowanego ze zwyczajnie pięknym. Wyjście może nie jedyne, ale za to pozwalające z uśmiechem spoglądać w przyszłość.
Ja jeszcze wierzę w nieskończone możliwości muzyki. A płyty takie jak ta warte są każdej, nawet najbardziej nieuzasadnionej, wiary.
Nie chcę, by źle zrozumiano to, co tu wypisuję - jak najbardziej uważam każdy album Björk za arcydzieło. Mimo to Biophilia jest czymś więcej. To genialne wyjście z odwiecznego konfliktu wysublimowanego z prostym, trudnego z przystępnym, zaawansowanego ze zwyczajnie pięknym. Wyjście może nie jedyne, ale za to pozwalające z uśmiechem spoglądać w przyszłość.
Ja jeszcze wierzę w nieskończone możliwości muzyki. A płyty takie jak ta warte są każdej, nawet najbardziej nieuzasadnionej, wiary.
Labels:
bjork,
recenzje muzyki
piątek, 13 kwietnia 2012
Hati - Zero Coma Zero
Rytualizm w muzyce przywdziewa zwykle dwa oblicza. Jedno jawi się niczym dokument, bardziej lub mniej ubarwiony talentem muzycznym danego twórcy. Steve Roach, dla przykładu, z szamańskiej pieśni kultury dowolnej uczynić jest zdolny metafizyczne, mistyczne, ambientowe przeżycie godne przynajmniej miana epickiego. Nic w tym zresztą zdrożnego - taka muzyka mieści w sobie wiele dobrych cech i wartości.
Bywa jednak, iż mamy do czynienia nie z rytualizmem w muzyce, a z rytuałem muzyki. Zespół Hati na swojej płycie 'Zero Coma Zero' tak właśnie można odbierać. Niczym przewodnicy duchowi na ścieżce między światami prowadzą nas przez meandry zapomnianych, pierwotnych tajemnic życia i śmierci. Skupieni na akustycznych, głównie perkusyjnych brzmieniach budzą skojarzenia ze wspaniałym Origami Arktika i płytą 'Sondring'. Więcej jednak w wydawnictwie Nefrytu zadumy niż transowości, a cierpliwe wsłuchiwanie się w kolejne ściany (i wyrwy w nich) dźwięku pozwala doznać czegoś w rodzaju katharsis - wyzwolenia od zelyktryfikowanej muzyki czasów nam współczesnych. Zadziwia jednak fakt, iż - podobnie jak kiedyś pokazał nam Kenji Kawai tworząc bardzo podobną muzykę do jednego z bardziej futurystycznych filmów wszechczasów - prostota i naturalność brzmienia nieelektrycznych dźwięków jest znakomitym akompaniamentem do postępującego usztucznienia otaczającego nas świata.
Słuchając 'Zero Coma Zero' doznać można muzycznego szoku. Szoku za który każdy słuchacz winien jest muzykom Hati ukłon szacunku. Niewielu twórców potrafi z takim uczuciem i oszczędnością wyrazu otwierać oczy i uszy, uczyć słuchania, odprawiać rytuały w zaciszu naszych głośników.
Labels:
hati,
recenzje muzyki
niedziela, 22 stycznia 2012
Noiko - Honey
Nie tak dawno miałem okazję znęcać się nad ostatnim wydaniem w ETALABEL, gdy tymczasem niespodzianka: pojawiło się kolejne. Ładnie, bo digipackowo wydany album sygnowany autorstwem Noiko jawi się niczym płomień nadziei wytwórni na dalsze istnienie. Nie da się ukryć, że czuję nieco ciężaru owego płomienia na sobie, podejmując się recenzji tak ważkiej płyty.
Od pierwszych już dźwięków dają się poznać dwa, jakże różne, oblicza "Honey". Z jednej strony słychać wyraźnie nieporadne jakby jazzowanie (czy, bardziej ogólnie, instrumentalne improwizowanie), takie od niechcenia i dla przyjemności, bez nadmiaru konkretów. Z drugiej zaś zelektronowane jest to wszystko, zambientowione i uabstrakcyjnione sowicie. To taka Microstoria w sklepie muzycznym, swobodnie testująca zastany tam towar. Ewentualnie takie Tortoise, które zapomniało zupełnie o rytmie. Współgrają te dwa różne oblicza ze sobą wcale zgodnie. Od czasu do czasu tylko zabrzęczy, pyknie i plumknie elektronika - przez większość albumu raczeni jesteśmy odstrukturowioną akustycznością. Na szczęście brak jest hałasu, bardzo przecież modnego wśród współczesnych eksperymentów. Tutaj zastąpiony został zadumą nad bogactwem i pięknem świata - wcale nie naturalnego, a ludzkiego, codziennego. W ten właśnie sposób Noiko potrafi przebrnąć od paraindustrialnego zdjęcia na okładce do radosnego, dziecięcego świergotu na końcu płyty.
Najnowsza propozycja ETALABEL nie zostaje na długo w pamięci. Czy to źle? Nie sądzę. Siłą "Honey" są nie typowo muzyczne wartości, a potęga impresji, które ze sobą niesie. Do dźwięków takich jak te wraca się dla przywoływanych przez nie uczuć i wspomnień, dla niespiesznej adoracji chwili. Chociażby więc ze względu na ulotność piękna i spokoju w życiu warto mieć ich nieco w zapasie - na przykład na płycie takiej jak ta.
Labels:
noiko,
recenzje muzyki
sobota, 29 października 2011
Soldout - Stop Talking
Dlaczego muzyka taka jak ta nie trafia do telewizji, na listy przebojów i do umysłów współczesnych nastolatek? Odpowiedź jest prosta - brak promocji. Skromnym moim zdaniem uważam, że Soldout zdecydowanie bardziej zasługuje na uwagę, niż wielu, wielu innych bardziej znanych wykonawców. Mamy na "Stop Talking" do czynienia z takim, jak to ja nazywam, niegrzecznym popem, do tego diabelnie przyjemnym i zwyczajnie czadowym. Charlotte Maison z niewinnością godną pozornie grzecznej panienki z papierosem w ustach i tabletkami na dzień-po w torebce wyśpiewuje sobie namiętnie, że "nie chcę iść z tobą do łóżka" albo "pozwól mi zrobić ci krzywdę". Doprawdy urocze, bo i wcale nie stylizowane na złe i niedobre. Klimat przyziemności i zwyczajnego życia zawarty w tekstach piosenek ma tu jednocześnie czar lekkości i dobrej zabawy. Bo i nikt przecież nikomu robić krzywdy nie chce, a pośpiewać można sobie zawsze, bo to fajne i już. Muzycznie zaś mamy do czynienia z przyjemnie analogowym w brzmieniu elektro-synth-popem, prostym i skutecznym zarazem we wprawianiu naszej stopy (czy też palców dłoni) w ruchy rytmiczne.
Kupiłem tę płytę na aukcji za 5 (słownie: pięć) złotych polskich i przypuszczam, mając na uwadze nieprawdopodobną zajebistość muzyki na niej zawartej, jest to chyba najlepszy w moim życiu zakup. No ale mi to przecież najzupełniej nie przeszkadza.
Labels:
recenzje muzyki,
soldout
Bionulor - Bionulor
Bionulor to płyta przedziwna. Rozreklamowana dość mocno, a mimo to wciąż dostępna w normalnym obiegu. Niedroga, ale wydana w profesjonalny sposób, niestandardowo i na miłym w dotyku papierze. Nastawiona na mariaż dawnego folku z nowoczesnym ambientem, ale więcej mająca wspólnego z albumami Microstoria niż z czymkolwiek starodawnym i tradycyjnym. Jak zatem opisać twór tak pełen sprzeczności?
Wystarczy chyba, że wspomnę o najbardziej oczywistych cechach tego nagrania. Ostatnie (jak dotąd) wydanie w etaLABEL to hałaśliwa chwilami ambientowa elektronika. W pewnych chwilach urzeka wyciszeniem, nastrojem sprzyjającym śnieniu wręcz, by w innych zabrudzić nam głośniki sprzętowymi wyładowaniami, o których muzycy klasyczni nie śnią nawet w najgorszych swoich koszmarach. Brak tu jednak nastawienia na moc i efekciarstwo - hałaśliwe momenty są odpowiednio wyważone i jak najbardziej niosą ze sobą wartość muzyczną. W to wszystko niejako wplatają się dźwięki instrumentów akustycznych, choć często trudno jest zgadnąć jakich. Dźwięki te poddane są modulacjom w celu rozpuszczenia ich i zjednania z elektronową zupą reszty utworów, ale częściej jeszcze kompozytor stara się poprzez stosowanie efektów podkreślić charakterystykę, unikatowość akustycznego brzmienia. Udaje się to nadzwyczaj dobrze. Co więcej, paradoksalnie nawet, uwydatnienie cech sonicznych nieprądożernych instrumentów bardziej jeszcze zdaje się stapiać w zgodną całość z nowoczesnymi brzęczeniami, stukami i bzykami.
Wniosek więc taki, iż Bionulorowi się udało. Mariaż starego z dawnym wyszedł z tego przedziwny, somnambulicznie niespokojny, wymagający kilku przynajmniej uważnych przesłuchań i na poziomie produkcji jak najbardziej światowym. Z mojej strony zdecydowanie rekomendacja, szczególnie na obecne, prawie zimowe, chłodne, pochmurne godziny dnia.
Labels:
bionulor,
recenzje muzyki
sobota, 8 października 2011
Aural Planet - Lightflow
'Lightflow' to płyta dla mnie bardzo specjalna. Stanowiła wstęp do wielu, wielu już lat mojej fascynacji wszelką muzyką ambientową, elektroniczną, eksperymentalną i klimatyczną. A zaczęło się tak niewinnie - od jakiejśtam ścieżki audio na jednej z płyt dołączonych do czasopisma CD-Action...
Mówi się na to ambient-trance, ale tak naprawdę to ten album stanowi gatunek muzyki sam w sobie. Scorpik i przyjaciele zdołali wyjechać muzycznie i poza swój kraj, i poza rok dziewięćdziesiąty siódmy. Zachwycająca współpraca perfekcyjnie wyszlifowanych - ale wciąż o analogowym brzmieniu - impresji okraszonych efektami niczym z filmu oraz nienachalnych, nadających temu wszystkiemu ruchu syntetycznych rytmów. To wszystko i znacznie więcej oferował 'Lightflow' czternaście lat temu za niewielką (nawet jak na rodzime warunki ówczesne) kwotę. Słuchałem tych dziesięciu kompozycji setki, może tysiące razy. Wciąż ciekawią, nadal zachwycają i nie starzeją się ani odrobinę. Jestem pewien, że pan Namlook bardzo chętnie by wydał ten krążek - gdyby tylko o nim kiedykolwiek słyszał. Tak, ta muzyka jest tak dobra.
Labels:
aural planet,
recenzje muzyki
Grzegorz Bojanek - Live In May
Przede wszystkim prezentacja. Dowolna płyta dostępna do pobrania za darmo prędzej wyląduje na dyskach twardych, jeśli oferuje - poza muzyką - namiastkę uczucia właściwego obcowaniu z profesjonalnie wydanymi krążkami. Grzegorz Bojanek musi doskonale o tym wiedzieć. Jego 'Live In May' wzbogacony jest przepięknie wykonaną książeczką (w formacie Acrobat) zawierającą zdjęcia, komentarze, informacje o albumie. Niby to nic wielkiego, ale cieszy. Diabelnie cieszy - szczególnie, że w przygotowanie tego dodatku niewątpliwie włożono niemało wysiłku.
Co natomiast z muzyką? Również jest znakomicie. Autor sześciu zawartych w wydaniu kompozycji amatorem nie jest. Zainteresowanych jego osobą zachęcam, by zapoznali się z WEFem, wytwórnią etaLABEL, projektami Eta Carinae, CHoP, Chmury. To spory kawał historii dobrej, polskiej muzyki elektronicznej.
Na 'Live In May' do czynienia mamy z zapisem koncertu wyjątkowego chociażby ze względu na jego cel (o którym między innymi traktuje książeczka). Instrumenty wszystkim znane w mariażu z arsenałem cyfrowości brzmią niczym zachwaszczone zapisy z zamierzchłej przeszłości. Do tego nagrania otoczenia, pykania, chroboty... wszystko to już było. Co zatem stanowi o wyjątkowości tego albumu? Wyczucie - powiadam. Grzegorz Bojanek każdą minutą pokazuje, że doskonale wie co chce stworzyć. Do tego jakość nagrania i efektów porażają, dając solidny wycisk wysłużonym kolumnom głośnikowym. Melodie płyną, elektronika chrobopyka, ale mimo wtórności nic tu wtórne nie jest. Mamy do czynienia z zapisem wykonanym z elementów, które wszyscy znają i zarazem z dziełem unikalnym, wypełnionym zadumą, przestrzenią i miłością do każdego, najdrobniejszego nawet dźwięku.
Kwestią gustu są natomiast długości poszczególnych ścieżek. Większość z nich kończy się zwyczajnie za szybko i nie pozwala zagłębić w subtelny klimat. To wielka szkoda.
Zupełnie prywatnie i od siebie dodam, iż kawałek 'Where is my Cola?' bardzo szybko stał się moim faworytem. Z jednej strony skojarzył się z filmem 'Blada Runner' (to przez te bipania), z drugiej przypomniał znakomite 'A New Consciousness 2' duetu Namlook i Uzzell-Edwards. Nie dajcie się jednak zwieść moim skojarzeniom i powstałym z nich faworytom - cały album jest równie dobry.
Labels:
grzegorz bojanek,
recenzje muzyki
piątek, 30 września 2011
Tromesa - Pasma Czasu
Zastanawialiście się kiedyś co by było, gdyby taki Jean Michel-Jarre produkował muzykę trance? Ja też nie. Nie twierdzę też oczywiście, że do tak kuriozalnego zjawiska należy porównywać muzykę Tromesy. Twierdzę natomiast, iż Pasma Czasu mają w sobie coś z obu światów. Z jednej strony bez żadnych wątpliwości do czynienia mamy z rasowym trance - beat jest solidny, melodie pokręcone jak obrazek na okładce, aranżacje proste i skuteczne. Z drugiej jednak jawi nam się wpływ użytego instrumentarium. A może to kwestia kraju produkcji? Specyfiki czasów? Tego nie wiem. Faktem jest, iż brzmienia na tym albumie są smakowicie analogowe, miękkie jak tlenowe impresje wspomnianego francuza. Nie ma mowy o współczesnych świdrujących, wyszlifowanych, z założenia pełnych koloru i radości dźwiękach. Tromesa bije to wszystko na głowę prostotą analogowych harmonii i przekonującym działaniem czysto muzycznych środków. Takie pobudzanie wyobraźni nie ma w sobie nic z surowości stalowych szpil wbijanych nam do mózgów przez dzisiejsze produkcje. Nie wiem jak Wy, ale tęsknię za latami dziewięćdziesiątymi. Jak widać nawet psychodeliczny trance był wtedy bardziej kolorowy.
Labels:
recenzje muzyki,
tromesa
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























