Często łapię się na przeczesywaniu ofert słuchawkowych, sklepów polskich i zagranicznych, w poszukiwaniu pozycji nieznanych mi, oryginalnych, ciekawych. Powiedzmy to sobie zresztą od razu - mam przy tym przeczesywaniu głównie wygląd na myśli, bo w kwestii dźwięku, nie jakości a nowatorskości, trudno czegokolwiek niespotykanego oczekiwać. Słuchawki to już wszak nie tylko narzędzie, ale, szczególnie współcześnie, element ubioru, ozdoba pokoju, trofeum w kolekcji, eksponat w gablotce. Czasami nadciąga potrzeba obcowania z produktem, który nie tylko muzyką zachwyca. Niniejszą recenzją chciałbym oznajmić, iż, czasami, coś ciekawego odnaleźć mi się udaje.
Opakowanie
Master & Dynamic to bardzo młody, nowojorski producent słuchawek, który w 2014 roku zadebiutował dwoma modelami, a ostatnio dorobił się trzeciego. MH30, najtańsze i najmniejsze w ofercie, dotarły do mnie w prostym i schludnie zaprojektowanym pudełku, nasuniętym na właściwą, skórzano-płócienną skrzynkę z wieczkiem. W środku czekały słuchawki w wygodnej (dla nich) wytłoczce, skórzane pudełeczko na kable również w wygodnej wytłoczce (dla mnie, bo pomyślano o miejscu na palce). Pod całością skryto piękną książeczkę instrukcyjno-reklamową oraz płócienny woreczek wysokiej jakości, zamykany magnetycznie. Całość z miejsca wywołuje odczucie obcowania z produktem wysokiej jakości, które to uczucie nie opuściło mnie też w trakcie użytkowania.
Budowa i ergonomia
Nie zaglądałem do środka muszli, ale poza tym oględziny wykazały zupełny brak plastiku. MH30 wykonane są w całości z metalu oraz jagnięcej skóry. Pałąk to wygięty rdzeń, obleczony skórzanym paskiem, który od strony styku z głową wypełniony jest wąskim wkładem pianki. Jest też wytłoczona nazwa producenta. Z obu stron kończy się metalowymi, skręcanymi zawiasami, utrzymującymi mechanizm regulacji, oparty na metalowym pręcie suwanym przez obręcze. Pręt kończy się metalową obejmą, która na osi pod kątem prostym utrzymuje muszlę, dopasowaną do obejmy wyglądem poprzez kolejne koncentryczne kręgi, skupiające się na okrągłym logo producenta pośrodku. Muszla zachodzi nieco poza obręcz utrzymującą, od strony ucha jest płaska z otworami uwidaczniającymi przetwornik, śrubami oraz punktami magnetycznymi, które przytrzymują poduszkę. Ta również wykonana jest ze skóry jagnięcej, okrągła, miękka, zdecydowanie nauszna, wypełniona pianką pamięciową.
Konstrukcja to prosta, ale w większości dobrze przemyślana i - co najważniejsze - wykonana ze znakomitą precyzją. Z jednej strony użyte materiały nie każą martwić się o łatwe uszkodzenia, z drugiej obcowanie z takim wytworem inżynierii zachęca do ostrożności. Dotykanie tych słuchawek jest zwyczajną przyjemnością, o którą, nie ukrywajmy, coraz trudniej współcześnie, nawet na tym pułapie cenowym.
Można wykorzystać zawiasy do złożenia muszli ku pałąkowi, czego unikałbym, gdyż wtedy stykają się one ze sobą i potencjalnie generują rysy. Można muszle też obracać na płasko. Poduszki, jak wspomniałem, utrzymywane są magnetycznie, zatem wymiana jest bardzo łatwa. Mieszczą się też do okrągłego pudełeczka od kabli, co być może pomysłem na ułatwienie transportu lub przechowywania. Producent bezpośrednio umożliwia zakup nowej pary poduszek, co nie jest praktyką tak znowu częstą.
Skoro o kablach wspomniałem, są oplatane przyjemnym w dotyku materiałem, który nie generuje efektu mikrofonowania. Wtyki są oczywiście złocone, a ich obudowy metalowe. W komplecie dostarczono krótszy kabel z pilotem i osobno (wyżej) mikrofonem, działający równie dobrze z urządzeniami Apple jak i Android, oraz dłuższy, bez dodatków. Oba są wysokiej jakości, nie plączą się, nie sprężynują, nie wykazują efektu pamięciowego.
MH30 nie są ciężkie, wagę konstrukcji dobrze równoważą niewielki rozmiar oraz wygodne poduszki. W tym jednak miejscu pojawia się wada, być może jedyna naprawdę dokuczliwa, z którą spotkałem się po raz pierwszy. Słuchawki są malutkie. Tak małe, iż przy maksymalnym rozsunięciu mam delikatny problem z odpowiednim ułożeniem ich na głowie w sposób, umożliwiający przetwornikom poprawne kierowanie dźwięku do uszu. Nie należę do osób filigranowych, ale z pewnością ponadprzeciętnej wielkości głowy nie posiadam, zatem coś tu jest nie tak. Być może twórcy popełnili klasyczny błąd młodych projektantów mody i przygotowali projekt na rozmiar samych siebie, nie bacząc na resztę świata? A może mylę się, moja głowa po latach ładowania dźwiękami spuchła i niedługo eksploduje? Na szczęście problem nie jest aż tak dotkliwy - po chwili dopasowywania słuchaweczki tkwią na miejscu, nie spadają i nie uwierają. Wymaga to jednak wykorzystania nieco z ich zasobu wytrzymałości i rozciągliwości, z czym nie czuję się do końca dobrze.
Brzmienie
Testy wykonałem przy użyciu muzyki kompresowanej bezstratnie, oryginalnych płyt CD oraz płyt winylowych, zarówno w domu, jak i mobilnie. Po aktualną listę sprzętu, na którym dokonuję odsłuchów, polecam zajrzeć tutaj.
Jak przystało na dość unikalny produkt, MH30 oferują nietypowe brzmienie. Osobiście bardzo lubię takie przypadki, kiedy pierwsze wrażenie nie jest najpozytywniejsze, ale dalsze zapoznanie okazuje się zgoła innym doznaniem.
Kto poszukuje precyzji, analityczności, nie poczuje się z nim dobrze. Niskie częstotliwości, i to takie od subbasowych do niskośrednich, dominują tu sobie w najlepsze, dociążając dźwięk i wypełniając go wcale poruszającym fundamentem. Basy te nie są specjalnie szybkie, ani bardzo dokładne, to wielka i syta masa. Ale, co ciekawe, niesamowicie przyjemna w odbiorze. Zdecydowanie przecież basowe Sony MDR-XB950, w porównaniu przypominają granie z kartonu. MH30 mają fakturę, majestatyczną głębię, elegancję. Jeśli muzyka nie wymaga akurat od basu energiczności, pokazują co potrafią.
Dalej leżą rozmyte okolice średnich częstotliwości, które są tu nie mniej eleganckie. Znowu nie energia, a faktura, muzykalność, dynamika stanowią wizytówkę brzmienia. Szczególnie instrumenty klasyczne zachwycają wibracjami, podkreślonymi płynącym basem. Zestawienia fortepianu, smyczków, akordeonów to dosłowny miód na uszy. Wokale są bliskie, wręcz intymne, i to, zdaje się, niezależnie od gatunku muzycznego. Wszystko to nie jest precyzyjne i klarowne w typowym rozumieniu, stosowanym przy opisach sprzętu audio, jednocześnie detale nie uciekają, brzmią sobie gdzieś w tej lśniącej materii, na pierwszy plan wysuwając esencję dźwięku, charakterność kolejnych instrumentów i płynność kompozycji.
Wreszcie soprany. Zwyczajowo mawia się, że pod kocykiem, ale tutaj bardziej pasuje jedwabna narzuta. Są jak najbardziej, stanowią zręczne wykończenie średnicy, akcentują i kształtują, ale nigdy nie zdarzyło mi się, by ukłuły, szeleściły, sybilizowały.
Budowa muszli każe wnioskować typ półotwarty, ale odbiór dźwięku przywodzi na myśl wysokiej klasy słuchawki zamknięte. Scena nie ma rozmachu, jest skupiona w głowie i przy uszach, co nadrabia dokładnością w lokowaniu źródeł i znakomitą realizacją stereofonii.
Być może powyższy opis sugeruje stłumione, zduszone granie. Nic bardziej mylnego. Mimo rozbudowanych basów i złagodzonych sopranów, MH30 brzmią bardzo dynamicznie, gęsto i kompleksowo. To określona konstrukcja dźwiękowa, świadoma swych braków, ale skupiona na najlepszej możliwej realizacji nie-braków.
Podsumowanie
Zawsze jestem skłonny promować dopasowanie słuchawek do rodzaju muzyki i opisywany model mógłby służyć za idealny przykład. Ambienty, elektronika, spokojne kompozycje instrumentalne, proste piosenki i temu podobne gatunki to, w zestawieniu z MH30 i neutrealnym źródłem, generator zachwytów, błogości i długich godzin muzycznego relaksu. Nie spotkałem dotąd słuchawek, które by się z taką gracją skupiały na swoich zaletach, zupełnie ignorując ewidentne wady. Bo i po cóż próbować zrobić wszystko, skoro można zrobić rzecz jedną, a perfekcyjnie?
+ użyte materiały
+ precyzja wykonania
+ przemyślane i wysokiej jakości akcesoria
+ pełny, przyjemnie głęboki bas
+ muzykalna, dynamiczna średnica
+ detaliczność, muzykalność i subtelność występujące razem
- rozmiar słuchawek
- mała uniwersalność brzmienia
Przedstawione tu opinie są opiniami autora i swoim istnieniem nie stanowią ataku na opinie kogokolwiek innego. Wszelkie zdjęcia, tekst oraz inne materiały należą do autora (jeśli nie zaznaczono inaczej) i objęte są prawami autorskimi.
środa, 16 marca 2016
sobota, 2 maja 2015
JVC HA-SZ2000
Po wypuszczeniu przez JVC modelu HA-S500 świat miłośników słuchawek przeszyło głośne westchnienie zachwytu. Solidna budowa, niska cena i znakomite, zupełnie świeże brzmienie - zasługa technologii membran z nanorurek węglowych - z zamiarami nokautu rzuciły się na wszelką konkurencję w cenie do 300zł. Obraz rozkoszy krzyżował nieco fakt dystrybucji tylko na Japonię, no ale w czasach globalizacji to nieszczególnie wielki problem. Dość, że niedługo potem JVC ogłosiło plany wypuszczenia flagowego modelu, opartego na tej samej technologii. Jaki był finał snów i marzeń wszystkich tych, którzy z niecierpliwością oczekiwali na nanorurki węglowe w klasie premium?
OPAKOWANIE
Słuchawki docierają do nabywcy w tekturowym pudełku, zawierającym kolejne tekturowe pudełko, wyściełane królewskiej barwy zdecydowanie-nie-jedwabiem, na którym wypoczywa bohater tej recenzji. Prezentacja niczego sobie, ale tylko udająca premium. Po krótkim demontażu, w gąszczu tektur, odnaleźć można spory woreczek ze sztucznej skóry. Na tyłach zewnętrznego pudełka tkwią opisy zastosowanych technologii.
BUDOWA I ERGONOMIA
Komplet zalet i wad konstrukcji daje o sobie znać natychmiast po wzięciu słuchawek w ręce. Są bardzo duże i solidne, ale skrzypią, a ciężkie nauszniki huśtają się na zawiasach.
Pałąk wygrywa grubością z wszystkimi, które dane mi było zakładać na głowę. Jest obity skórą proteinową, a od strony styku z czaszką drobną siatką, skrywającą gąbczaste wypełnienie do amortyzacji ucisku. W środku skrywa się plastikowa, wzmocniona metalem prowadnica do rozsuwania słuchawek. Przytwierdzone do niej są zawiasy, w całości z plastiku, ale skręcone śrubami. Poniżej kolejne zawiasy, tym razem obrotowe (maksymalny kąt to około 15 stopni w obie strony) i również plastikowe, do którego to plastiku przytwierdzono grube, metalowe obręcze, obejmujące pokrywy nauszników, zrobione z twardego, porowatego tworzywa sztucznego. Nauszniki wreszcie są na poziomie owej pokrywy przytwierdzone do metalowych obręczy kolejnym zawiasem, który pozwala na niewielki odchył góra-dół. Zrobione w całości z plastiku, zwiększają nieco średnicę bezpośrednio przy uchu i zwieńczone są zdejmowalnymi poduchami ze skóry - prawdopodobnie również proteinowej, chociaż dość wysokiej jakości.
Na wysokości głównych zawiasów plastikowa obudowa ma wgłębienia w kształcie nazwy producenta, w które wklejono srebrne, foliowe litery. W ciągu kilku miesięcy użytkowania jedna z nich zdążyła się już odkleić i zniknąć bezpowrotnie. Przyznam, że mam nadzieję na podobny los dla pozostałych - lepsze wyryte w tworzywie JVC, niż liche i odklejalne.
Kabel jest jednostronny, gruby, gumowany i zakończony metalową końcówką jack 3,5mm, w całości złoconą. Jest również dość krótki.
Jak już wspomniałem, słuchawki skrzypią przy każdym ruchu dowolnym zawiasem - czyli niemal zawsze, gdy nie tkwią nieruchomo. Nie jest to specjalnie dokuczliwe, ale nie pozostawia też pozytywnych wrażeń. Właściwe ułożenie na czaszce wymaga kilku chwil uwagi i dobrania rozsunięcia tak, by poduszki nie opierały się o małżowinę ucha. Kiedy już spoczną, leżą z tolerancyjnym poziomem wygody. Pałąk nie powoduje bólu, całość mimo ciężaru nie męczy jakoś bardzo. Zastrzeżenie można mieć do budowy poduszek. Są wygodne, miękkie, ale dużo za płytkie. Ucho styka się z pokrywą przetwornika (na szczęście oddzieloną cienką siatką materiału), powodując uwieranie i ewentualny ból. Pomaga zakup zastępczych poduch (inny model słuchawek z oferty JVC posiada odpowiednie, ale producent nie sprzedaje ich osobno), własnoręczne uszycie nowych lub wetknięcie pod istniejące krążka gąbki, aby odsunąć przetwornik od ucha.
BRZMIENIE
Słuchawki testowałem z użyciem wysokiej jakości plików audio, z których najsłabsze to mp3 320kbps, oraz oryginalnych płyt CD. Użyty sprzęt to: Focusrite 2i4 (do odsłuchu z PC), Matrix M-Stage sparowany z Kenwood DP-990D oraz Fiio X1. Wszelkie dodatkowe okablowanie marki Klotz lub Cordial, z wtykami Neutrik. Gatunki muzyczne przewinęły się wszelkie, od ambientu, przez różnej maści elektroniczne wytwory, po pop, j-pop, przeróżny rock, metal różnych odmian, szczypta jazzu i klasyki.
Warto na początek wspomnieć, iż HA-SZ2000 posiadają dwa przetworniki w każdym nauszniku, ułożone jeden za drugim współśrodkowo i odpowiedzialne za różne pasma częstotliwości. Jednocześnie owe przetworniki zbudowano technologią nanorurek węglowych, co jest kolejnym novum. Gdzieś tam w środku umieszczono również tubę z brązu, reduktor wagi ciężkiej dla niechcianych rezonansów i przenośnik pożądanych drgań.
Słuchawki te grają jak żadne inne, które miałem szansę w życiu usłyszeć. Każdy dźwięk zdaje się przedzierać na front, do centrum uwagi. Każdy podbudowany jest mocą ciężką do opisania, ale łatwo wyczuwalną - przetworniki nudzą się, mają ciągle zapas niewykorzystanych, potencjalnych watów na wyjściu i chyba próbują je jakoś przemycić przy każdym drgnięciu. Jak się okazuje, to nie tylko impresja. Wydobywalna głośność bez przesteru sugeruje, iż taka konstrukcja ma potencjał na karierę w formie głośników podstawkowych. Wśród części nabywców słuchawki zyskały miano dział basowych (bass cannon), gdyż przetwornik niskotonowy wytrzymuje dosłownie wszystko i może służyć za masażer czaszki.
Łatwo domyślić się, iż flagowiec JVC to typ o wyolbrzymionym zakresie średnio-niskim, ale to nie do końca akuratne stwierdzenie. HA-SZ2000 nie tyle podbijają basy, co dają upust potencjalnej mocy większego z przetworników, czego efektem ubocznym jest wysycanie pasma. Efektywnie najbardziej czuć to w zakresie sub-basowym, więc zupełnie niepodobnie do, choćby opisywanych już przeze mnie, XB950 od Sony. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć selektywność i szybkość, z jaką ofiara niniejszej recenzji produkuje dźwięki. To na szczęście nie muliste, buczące granie - zamiast tego jest tryskające dynamiką i zapałem.
Czy to wszystko stanowi zalety, czy też wady - to naprawdę kwestia gustu. Nie sposób nie docenić takiej oryginalności i energii przekazu, ale nie dla każdego będzie to właściwa metoda odtwarzania muzyki. Są zresztą problemy, bardziej lub mniej, obiektywne. Intensywność dźwiękowa nie w każdym nagraniu się sprawdzi, a i może po dłuższym odsłuchu męczyć. Szczególnie mocne gatunki gitarowe, z dużym nagromadzeniem muzycznego zgiełku, dotrą do słuchacza jako niszcząca ściana. Wysokie tony nie zaznaczają wiele swojej obecności w brzmieniu opisywanego modelu, a więc próżno oczekiwać klarowności i detaliczności, charakterystycznej dla słuchawek z wyższej, a trochę i niższej, klasy cenowej.
PODSUMOWANIE
HA-SZ2000 to propozycja unikalna, odpowiednia tylko dla tych zastosowań, w których ma szansę zabłysnąć. To bardzo nie uniwersalne słuchawki, ale właściwie wykorzystane - odwdzięczą się satysfakcjonującymi doznaniami dźwiękowymi. Nie są natomiast zupełnie warte ceny, którą zaproponował producent. Wbrew zapewnieniom, nie jest to model premium, a jedynie (lub aż) charakterny przykład wykorzystania technologii, którą - miejmy nadzieję - JVC będzie ulepszał i proponował nam również w przyszłości.
+ energia przekazu
+ niepokonany zakres niskich częstotliwości
+ solidna konstrukcja
+ ciekawy wygląd
- niespecjalnie wygodne
- skrzypienie, luźne zawiasy
- niezbyt długi, nie odpinany kabel
- słabe górne pasmo, brak detaliczności, sceny, klarowności
- męczą przy długich odsłuchach
- cena
Przedstawione tu opinie są opiniami autora i swoim istnieniem nie stanowią ataku na opinie kogokolwiek innego. Wszelkie zdjęcia, tekst oraz inne materiały należą do autora (jeśli nie zaznaczono inaczej) i objęte są prawami autorskimi.
OPAKOWANIE
Słuchawki docierają do nabywcy w tekturowym pudełku, zawierającym kolejne tekturowe pudełko, wyściełane królewskiej barwy zdecydowanie-nie-jedwabiem, na którym wypoczywa bohater tej recenzji. Prezentacja niczego sobie, ale tylko udająca premium. Po krótkim demontażu, w gąszczu tektur, odnaleźć można spory woreczek ze sztucznej skóry. Na tyłach zewnętrznego pudełka tkwią opisy zastosowanych technologii.
BUDOWA I ERGONOMIA
Komplet zalet i wad konstrukcji daje o sobie znać natychmiast po wzięciu słuchawek w ręce. Są bardzo duże i solidne, ale skrzypią, a ciężkie nauszniki huśtają się na zawiasach.
Pałąk wygrywa grubością z wszystkimi, które dane mi było zakładać na głowę. Jest obity skórą proteinową, a od strony styku z czaszką drobną siatką, skrywającą gąbczaste wypełnienie do amortyzacji ucisku. W środku skrywa się plastikowa, wzmocniona metalem prowadnica do rozsuwania słuchawek. Przytwierdzone do niej są zawiasy, w całości z plastiku, ale skręcone śrubami. Poniżej kolejne zawiasy, tym razem obrotowe (maksymalny kąt to około 15 stopni w obie strony) i również plastikowe, do którego to plastiku przytwierdzono grube, metalowe obręcze, obejmujące pokrywy nauszników, zrobione z twardego, porowatego tworzywa sztucznego. Nauszniki wreszcie są na poziomie owej pokrywy przytwierdzone do metalowych obręczy kolejnym zawiasem, który pozwala na niewielki odchył góra-dół. Zrobione w całości z plastiku, zwiększają nieco średnicę bezpośrednio przy uchu i zwieńczone są zdejmowalnymi poduchami ze skóry - prawdopodobnie również proteinowej, chociaż dość wysokiej jakości.
Na wysokości głównych zawiasów plastikowa obudowa ma wgłębienia w kształcie nazwy producenta, w które wklejono srebrne, foliowe litery. W ciągu kilku miesięcy użytkowania jedna z nich zdążyła się już odkleić i zniknąć bezpowrotnie. Przyznam, że mam nadzieję na podobny los dla pozostałych - lepsze wyryte w tworzywie JVC, niż liche i odklejalne.
Kabel jest jednostronny, gruby, gumowany i zakończony metalową końcówką jack 3,5mm, w całości złoconą. Jest również dość krótki.
BRZMIENIE
Słuchawki testowałem z użyciem wysokiej jakości plików audio, z których najsłabsze to mp3 320kbps, oraz oryginalnych płyt CD. Użyty sprzęt to: Focusrite 2i4 (do odsłuchu z PC), Matrix M-Stage sparowany z Kenwood DP-990D oraz Fiio X1. Wszelkie dodatkowe okablowanie marki Klotz lub Cordial, z wtykami Neutrik. Gatunki muzyczne przewinęły się wszelkie, od ambientu, przez różnej maści elektroniczne wytwory, po pop, j-pop, przeróżny rock, metal różnych odmian, szczypta jazzu i klasyki.
Warto na początek wspomnieć, iż HA-SZ2000 posiadają dwa przetworniki w każdym nauszniku, ułożone jeden za drugim współśrodkowo i odpowiedzialne za różne pasma częstotliwości. Jednocześnie owe przetworniki zbudowano technologią nanorurek węglowych, co jest kolejnym novum. Gdzieś tam w środku umieszczono również tubę z brązu, reduktor wagi ciężkiej dla niechcianych rezonansów i przenośnik pożądanych drgań.
Słuchawki te grają jak żadne inne, które miałem szansę w życiu usłyszeć. Każdy dźwięk zdaje się przedzierać na front, do centrum uwagi. Każdy podbudowany jest mocą ciężką do opisania, ale łatwo wyczuwalną - przetworniki nudzą się, mają ciągle zapas niewykorzystanych, potencjalnych watów na wyjściu i chyba próbują je jakoś przemycić przy każdym drgnięciu. Jak się okazuje, to nie tylko impresja. Wydobywalna głośność bez przesteru sugeruje, iż taka konstrukcja ma potencjał na karierę w formie głośników podstawkowych. Wśród części nabywców słuchawki zyskały miano dział basowych (bass cannon), gdyż przetwornik niskotonowy wytrzymuje dosłownie wszystko i może służyć za masażer czaszki.
Łatwo domyślić się, iż flagowiec JVC to typ o wyolbrzymionym zakresie średnio-niskim, ale to nie do końca akuratne stwierdzenie. HA-SZ2000 nie tyle podbijają basy, co dają upust potencjalnej mocy większego z przetworników, czego efektem ubocznym jest wysycanie pasma. Efektywnie najbardziej czuć to w zakresie sub-basowym, więc zupełnie niepodobnie do, choćby opisywanych już przeze mnie, XB950 od Sony. Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć selektywność i szybkość, z jaką ofiara niniejszej recenzji produkuje dźwięki. To na szczęście nie muliste, buczące granie - zamiast tego jest tryskające dynamiką i zapałem.
Czy to wszystko stanowi zalety, czy też wady - to naprawdę kwestia gustu. Nie sposób nie docenić takiej oryginalności i energii przekazu, ale nie dla każdego będzie to właściwa metoda odtwarzania muzyki. Są zresztą problemy, bardziej lub mniej, obiektywne. Intensywność dźwiękowa nie w każdym nagraniu się sprawdzi, a i może po dłuższym odsłuchu męczyć. Szczególnie mocne gatunki gitarowe, z dużym nagromadzeniem muzycznego zgiełku, dotrą do słuchacza jako niszcząca ściana. Wysokie tony nie zaznaczają wiele swojej obecności w brzmieniu opisywanego modelu, a więc próżno oczekiwać klarowności i detaliczności, charakterystycznej dla słuchawek z wyższej, a trochę i niższej, klasy cenowej.
PODSUMOWANIE
HA-SZ2000 to propozycja unikalna, odpowiednia tylko dla tych zastosowań, w których ma szansę zabłysnąć. To bardzo nie uniwersalne słuchawki, ale właściwie wykorzystane - odwdzięczą się satysfakcjonującymi doznaniami dźwiękowymi. Nie są natomiast zupełnie warte ceny, którą zaproponował producent. Wbrew zapewnieniom, nie jest to model premium, a jedynie (lub aż) charakterny przykład wykorzystania technologii, którą - miejmy nadzieję - JVC będzie ulepszał i proponował nam również w przyszłości.
+ energia przekazu
+ niepokonany zakres niskich częstotliwości
+ solidna konstrukcja
+ ciekawy wygląd
- niespecjalnie wygodne
- skrzypienie, luźne zawiasy
- niezbyt długi, nie odpinany kabel
- słabe górne pasmo, brak detaliczności, sceny, klarowności
- męczą przy długich odsłuchach
- cena
Przedstawione tu opinie są opiniami autora i swoim istnieniem nie stanowią ataku na opinie kogokolwiek innego. Wszelkie zdjęcia, tekst oraz inne materiały należą do autora (jeśli nie zaznaczono inaczej) i objęte są prawami autorskimi.
Labels:
jvc,
recenzje sprzętu,
słuchawki
niedziela, 4 stycznia 2015
David Lynch - Crazy Clown Time
Oczywiście, David Lynch nowicjuszem w świecie dźwięków nie jest. Każdy, kto zna trochę dorobek tego znakomitego twórcy, spoglądał pewnie z uśmiechem politowania na grzmiące materiały reklamowe o porażającym debiucie reżysera na rynku muzycznym. Prawda to natomiast, że "Crazy Clown Time" jest debiutem na polu piosenki, mniej lub bardziej, popularnej. Jak zatem sprawdza się, wypracowana przez lata, stylistyka niepokojącego i często nadprzyrodzonego psychologicznie horroru, przełożona na język dźwięków i słów?
Króluje przede wszystkim efekciarstwo, ale takie pozytywne, prowadzące do maksymalnego utematycznienia kolejnych kompozycji. Dużo tu brudu, nie naturalnego jednak, a przygotowanego w studiu z pomocą niezliczonych procesorów dźwięku i wykalkulowanego na osiągnięcie ustalonego rezultatu. Piosenki, niby grane na instrumentach i śpiewane przez prawdziwych ludzi, brzmią sztucznie i niezbyt swobodnie, jakby zduszone w sztywnych ramach, które dla nich ustawiono. Mało doświadczony producent zjadłby na takiej konstrukcji własny ogon i wydał ciąg upozowanych potworków, ale Lynch i jego współpracownik wiedzą dobrze, co robią. Efekt końcowy razi tak naprawdę tylko w dwóch, otwierających płytę, kompozycjach. Potem jest już tylko lepiej, aż do "Strange And Unproductive Thinking", stanowiącego klejnot albumu monologu, który natychmiast kojarzy się z tą samą pozycją na "OK Computer" zespołu Radiohead. Utwory na "Crazy Clown Time" są jak filmy krótkometrażowe, każdy ze swoją historią i odpowiednim klimatem, każdy w subtelnym stylu reżysera i o charakterystycznych dla niego tematach. Naprawdę, jest o czym słuchać, a wyobraźnia ma okazję pracować na pełnych obrotach, przedzierając się przez gąszcze aluzji i niedopowiedzeń, wszystko w towarzystwie zmutowanych, bluesowych i rockowych form. Zabrzmi to może banalnie, ale fanów dorobku filmowego pana Davida spotka tu more things that happened, co powinno ich cieszyć niezmiernie i łagodzić ból oczekiwania na kolejny film, który może już nigdy nie nadejść.
Pomimo mrocznawych nastrojów, płytę łatwo odsłuchuje się wiele kolejnych razów i to jest jej wielka siła. Muzyka popularna? Raczej się nie udało, zbyt trudną rozrywkę proponuje Lynch. Muzyka wartościowa? Zdecydowanie tak.
Labels:
david lynch,
recenzje muzyki
środa, 12 listopada 2014
Sony DR-5A
Nie do końca zamierzenie, niejako przypadkiem, zamieszczam oto kolejną recenzję słuchawek firmy Sony. Nie jest to jednak model nowiutki, wręcz odwrotnie. DR-5A to słuchawki z roku, zdaje się, 1974, oczywiście wymyślone i wyprodukowane w Japonii, w okresie świetności audio, zdrowszego powietrza, zieleńszej trawy i innych rzeczy bardziej. Jak się zatem ma jakość Sony trzydzieści lat temu do obecnej? Zapraszam do lektury.
OPAKOWANIE
Niestety, pudełka nie posiadam. Zaryzykuję tylko stwierdzenie, że było bardzo tekturowe.
BUDOWA I ERGONOMIA
Pierwszym, co rzuca się w oczy - poza odrobiną rdzy tu i tam, w końcu trzydzieści lat to sporo czasu - to wykonanie na bazie metalu, bardzo twardego tworzywa sztucznego oraz twardej gumy. Słuchawki przetrwały trzy dekady bez widocznych uszczerbków na zdrowiu, więc na solidność budowy narzekać nie sposób. Nauszniki wytworzono ze wspomnianego, mrocznego plastiku wysokiej twardości, z wbitą w nie, metalową tablicą, zawierającą informacje tekstowe. Widełki to już pełen metal i śrubki, zbiegające się w grubszy pręt, wpuszczony w plastikowe pudełko z kolejną tabliczką tekstową i śrubkami, z którego wyrastają prowadnice na kabel z grubej, czarnej gumy, tworząc pałąk naszych słuchawek. Nauszniki i wspomniane pudełko łączy jeszcze kawałek kabla o niezbyt ładnej barwie. Pady są dość sztywne, z niewielką ilością gąbki i obite ceratopodobnym materiałem, skrywające płaską, metalową, podziurawioną pokrywę na przetworniki, znowu ze śrubami. Kabel właściwy wisi po lewej stronie, jest obity materiałem, sztywny i pamiętliwy dla wszelkich zagięć, zakończony dużym wtykiem jack słabej jakości.
Moje wrażenia z przyglądania się tej konstrukcji są dwojakie. Z jednej strony rażą pady, sztywne, męczące, nie zapewniające przylegania i stabilności - słuchawki zsuwają się z głowy, jeśli spróbować pozycji chociażby leżącej - razi dyskusyjna wygoda pałąka, który uwiera i ciąży. Z drugiej strony za to użyto materiałów bardzo wysokiej jakości, dzisiaj do znalezienia tylko w modelach premium, co znajduje przełożenie na trwałość i znakomite wrażenia użytkowe. Może kiedyś sympatycy słuchawek skłonni byli znosić znacznie większe niewygody, niż my, byle tylko delektować się wspaniałym dźwiękiem?
BRZMIENIE
Słuchawki testowałem z użyciem wysokiej jakości plików audio, z których najsłabsze to mp3 320kbps, oraz oryginalnych płyt CD. Użyty sprzęt to: Focusrite 2i4 (do odsłuchu z PC), Matrix M-Stage sparowany z Kenwood DP-990D. Wszelkie dodatkowe okablowanie marki Klotz lub Cordial, z wtykami Neutrik. Gatunki muzyczne przewinęły się wszelkie, od ambientu, przez różnej maści elektroniczne wytwory, po pop, j-pop, przeróżny rock, metal różnych odmian, szczypta jazzu i klasyki.
Przyznam, że brzmienie Sony DR-5A bardzo mnie zaskoczyło. Niestety nie było to w pełni pozytywne zaskoczenie, ale miało w sobie coś z zachwytu nad eksplorowaniem egzotycznych, nieznanych terenów.
Pasmo częstotliwości dźwięków wysokich występuje trochę niepewnie, dość przyjaźnie dla uszu, ale brakuje mu przejrzystości, detaliczności, mocy. Osobiście przypuszczam, że jest to wynik izolacji, którą zapewnia, leżący troszkę niżej, punkt nieciągłości charakterystyki. Głodzi on i osamotnia górne pasmo, bo słuchacz, ze strachu przed konsekwencjami, będzie raczej unikał nagrań, sięgających odpowiednio wysoko. A konsekwencje dają o sobie znać bezlitośnie, wybrzuszając i kalecząc dźwięk, przy okazji też nasz słuch. Możliwe, że jest to wynik dopasowania słuchawek do sposobu realizacji nagrań z okresu ich produkcji. Mogę tylko zgadywać.
Zostawmy już może to monstrum i przejdźmy do rzeczy przyjemnych, czyli średnicy. Tutaj produkt Sony sprzed trzydziestu lat błyszczy i oczarowuje. Nie mogłem się nadziwić, jak detaliczne, poukładane i pełne może być to pasmo, może nawet zbyt ułożone. Instrumenty, czy to akustyczne, czy elektroniczne, brzmią przejrzyście, z dozą muzykalnego ciepła i charakteru niepowtarzalności. Z wokalami jest podobnie, chociaż te już z większym prawdopodobieństwem mogą zaczepić potworka, który tylko czeka, by zacząć skrzeczeć i wypaczać właściwy mu zakres wyższych częstotliwości. Jeśli jednak tego unikniemy, Sony nagrodzą nas dźwiękiem może nie przebojowym, ale wartościowym.
Bas ma swoją głębię, słuszną selektywność i wystarczający zapas mocy. Jego główną rolą jest tu współpraca ze średnicą, raczej nie można mu zarzucić indywidualizmu, oderwania. Stanowi dobre zaokrąglenie, a kiedy trzeba podkreślenie wydarzeń, mających miejsce tuż nad nim. Odzywa się zresztą raczej tylko wzywany, więc od słuchanego nagrania w dużej mierze zależeć będzie wypełnienie tego pasma.
Scena nie jest przesadnie szeroka, to raczej solidna stereofonia, w większości przypadków poprawnie separująca instrumenty, ale nic ponadto.
Na takie słuchawki mówi się chyba, że są charakterne. Trudno znaleźć lepsze określenie. DR-5A w jednej chwili zachwycają, by w innej zmasakrować niewinnego użytkownika. Mi zajęło nieco czasu, nim przyzwyczaiłem się do ich ograniczeń i nauczyłem wybierać nagrania, które mogą dać mi radość przy tak specyficznej końcówce sygnału. To jak temperamentny kotek, co często wybrzydza, ale na odpowiednio dopasowany posiłek odwdzięczy się porcją uroku. Mam słabość do takich stworzeń, nie mogłem więc też mieć pretensji o wymogi staruszka od Sony.
PODSUMOWANIE
Opisywany model najlepiej sprawdził się w muzyce raczej elektronicznej, szczególnie ambientowej, gdzie rzadziej musiałem obawiać się o sięganie po niebezpieczne tereny wysokich częstotliwości, a za to przeżywałem zachwyty nad szczegółowością i wypełnieniem pozostałych pasm. DR-5A są zbudowane bardzo solidnie, więc nie rozpadną się prędko - przeżyły już wszak trzydzieści lat. Są też średnio wygodne i zwyczajnie marudne. Ale ja uśmiecham się na to dobrotliwie i od czasu do czasu daję im do zagrania coś ładnego, bo, pogrzebana pod problematycznością, drzemie w nich odrobina zwyczajnego piękna.
Zatem o jakości Sony trzydzieści lat temu w porównaniu do obecnej pozwolę sobie uczynić przypuszczenie, iż w roku 2044 nie będzie mi dane zachwycać się cennym, świetnie zachowanym modelem MDR-950AP i wybaczać mu niedociągnięcia ze względu na niepowtarzalny charakter brzmienia.
+ jakość materiałów, trwałość
+ piękna średnica i bas
- niewygodne
- słabe górne pasmo
- niestabilna charakterystyka w okolicy górnego pasma
- sztywny, gnący się kabel
Do tych słuchawek polecam album: Shokunin/職人 by Miyuki
Przedstawione tu opinie są opiniami autora i swoim istnieniem nie stanowią ataku na opinie kogokolwiek innego. Wszelkie zdjęcia, tekst oraz inne materiały należą do autora (jeśli nie zaznaczono inaczej) i objęte są prawami autorskimi.
OPAKOWANIE
Niestety, pudełka nie posiadam. Zaryzykuję tylko stwierdzenie, że było bardzo tekturowe.
BUDOWA I ERGONOMIA
Pierwszym, co rzuca się w oczy - poza odrobiną rdzy tu i tam, w końcu trzydzieści lat to sporo czasu - to wykonanie na bazie metalu, bardzo twardego tworzywa sztucznego oraz twardej gumy. Słuchawki przetrwały trzy dekady bez widocznych uszczerbków na zdrowiu, więc na solidność budowy narzekać nie sposób. Nauszniki wytworzono ze wspomnianego, mrocznego plastiku wysokiej twardości, z wbitą w nie, metalową tablicą, zawierającą informacje tekstowe. Widełki to już pełen metal i śrubki, zbiegające się w grubszy pręt, wpuszczony w plastikowe pudełko z kolejną tabliczką tekstową i śrubkami, z którego wyrastają prowadnice na kabel z grubej, czarnej gumy, tworząc pałąk naszych słuchawek. Nauszniki i wspomniane pudełko łączy jeszcze kawałek kabla o niezbyt ładnej barwie. Pady są dość sztywne, z niewielką ilością gąbki i obite ceratopodobnym materiałem, skrywające płaską, metalową, podziurawioną pokrywę na przetworniki, znowu ze śrubami. Kabel właściwy wisi po lewej stronie, jest obity materiałem, sztywny i pamiętliwy dla wszelkich zagięć, zakończony dużym wtykiem jack słabej jakości.
BRZMIENIE
Słuchawki testowałem z użyciem wysokiej jakości plików audio, z których najsłabsze to mp3 320kbps, oraz oryginalnych płyt CD. Użyty sprzęt to: Focusrite 2i4 (do odsłuchu z PC), Matrix M-Stage sparowany z Kenwood DP-990D. Wszelkie dodatkowe okablowanie marki Klotz lub Cordial, z wtykami Neutrik. Gatunki muzyczne przewinęły się wszelkie, od ambientu, przez różnej maści elektroniczne wytwory, po pop, j-pop, przeróżny rock, metal różnych odmian, szczypta jazzu i klasyki.
Przyznam, że brzmienie Sony DR-5A bardzo mnie zaskoczyło. Niestety nie było to w pełni pozytywne zaskoczenie, ale miało w sobie coś z zachwytu nad eksplorowaniem egzotycznych, nieznanych terenów.
Pasmo częstotliwości dźwięków wysokich występuje trochę niepewnie, dość przyjaźnie dla uszu, ale brakuje mu przejrzystości, detaliczności, mocy. Osobiście przypuszczam, że jest to wynik izolacji, którą zapewnia, leżący troszkę niżej, punkt nieciągłości charakterystyki. Głodzi on i osamotnia górne pasmo, bo słuchacz, ze strachu przed konsekwencjami, będzie raczej unikał nagrań, sięgających odpowiednio wysoko. A konsekwencje dają o sobie znać bezlitośnie, wybrzuszając i kalecząc dźwięk, przy okazji też nasz słuch. Możliwe, że jest to wynik dopasowania słuchawek do sposobu realizacji nagrań z okresu ich produkcji. Mogę tylko zgadywać.
Zostawmy już może to monstrum i przejdźmy do rzeczy przyjemnych, czyli średnicy. Tutaj produkt Sony sprzed trzydziestu lat błyszczy i oczarowuje. Nie mogłem się nadziwić, jak detaliczne, poukładane i pełne może być to pasmo, może nawet zbyt ułożone. Instrumenty, czy to akustyczne, czy elektroniczne, brzmią przejrzyście, z dozą muzykalnego ciepła i charakteru niepowtarzalności. Z wokalami jest podobnie, chociaż te już z większym prawdopodobieństwem mogą zaczepić potworka, który tylko czeka, by zacząć skrzeczeć i wypaczać właściwy mu zakres wyższych częstotliwości. Jeśli jednak tego unikniemy, Sony nagrodzą nas dźwiękiem może nie przebojowym, ale wartościowym.
Bas ma swoją głębię, słuszną selektywność i wystarczający zapas mocy. Jego główną rolą jest tu współpraca ze średnicą, raczej nie można mu zarzucić indywidualizmu, oderwania. Stanowi dobre zaokrąglenie, a kiedy trzeba podkreślenie wydarzeń, mających miejsce tuż nad nim. Odzywa się zresztą raczej tylko wzywany, więc od słuchanego nagrania w dużej mierze zależeć będzie wypełnienie tego pasma.
Scena nie jest przesadnie szeroka, to raczej solidna stereofonia, w większości przypadków poprawnie separująca instrumenty, ale nic ponadto.
Na takie słuchawki mówi się chyba, że są charakterne. Trudno znaleźć lepsze określenie. DR-5A w jednej chwili zachwycają, by w innej zmasakrować niewinnego użytkownika. Mi zajęło nieco czasu, nim przyzwyczaiłem się do ich ograniczeń i nauczyłem wybierać nagrania, które mogą dać mi radość przy tak specyficznej końcówce sygnału. To jak temperamentny kotek, co często wybrzydza, ale na odpowiednio dopasowany posiłek odwdzięczy się porcją uroku. Mam słabość do takich stworzeń, nie mogłem więc też mieć pretensji o wymogi staruszka od Sony.
PODSUMOWANIE
Opisywany model najlepiej sprawdził się w muzyce raczej elektronicznej, szczególnie ambientowej, gdzie rzadziej musiałem obawiać się o sięganie po niebezpieczne tereny wysokich częstotliwości, a za to przeżywałem zachwyty nad szczegółowością i wypełnieniem pozostałych pasm. DR-5A są zbudowane bardzo solidnie, więc nie rozpadną się prędko - przeżyły już wszak trzydzieści lat. Są też średnio wygodne i zwyczajnie marudne. Ale ja uśmiecham się na to dobrotliwie i od czasu do czasu daję im do zagrania coś ładnego, bo, pogrzebana pod problematycznością, drzemie w nich odrobina zwyczajnego piękna.
Zatem o jakości Sony trzydzieści lat temu w porównaniu do obecnej pozwolę sobie uczynić przypuszczenie, iż w roku 2044 nie będzie mi dane zachwycać się cennym, świetnie zachowanym modelem MDR-950AP i wybaczać mu niedociągnięcia ze względu na niepowtarzalny charakter brzmienia.
+ jakość materiałów, trwałość
+ piękna średnica i bas
- niewygodne
- słabe górne pasmo
- niestabilna charakterystyka w okolicy górnego pasma
- sztywny, gnący się kabel
Do tych słuchawek polecam album: Shokunin/職人 by Miyuki
Przedstawione tu opinie są opiniami autora i swoim istnieniem nie stanowią ataku na opinie kogokolwiek innego. Wszelkie zdjęcia, tekst oraz inne materiały należą do autora (jeśli nie zaznaczono inaczej) i objęte są prawami autorskimi.
Labels:
recenzje sprzętu,
słuchawki,
sony
czwartek, 23 października 2014
Sony MDR-XB950AP
Na rynku słuchawek o konkurencję nietrudno, o co zresztą skwapliwie dbają wszelacy recenzenci, bezlitośnie porównując, oceniając, opiniując - rezultatem często jest pewien łatwy do zaobserwowania zastój w pojawianiu się nowych produktów, bo i też nie zawsze warto, skoro starsze i sprawdzone modele, polecane przez blogerów i forumowiczów, wciąż święcą triumfy.
Ja natomiast dzisiaj inaczej. Ja o słuchawkach, które w chwili pisania tego tekstu ledwo, ledwo świtają nad nadbałtyckimi ziemiami. Jak się sprawdzą w walce o miejsce na muzycznej mapie Polski?
W środku czeka na nas drugie pudełko, z eleganckiej, lakierowanej na czarno tektury. Otwiera się je prawie jak książkę, by ujrzeć efektownie (nie efekciarsko!) zaprezentowane słuchawki. Dostajemy jeszcze pomijalną broszurkę i to wszystko. Brakuje przejściówki na większy wtyk jack (o tym później), a przede wszystkim jakiegokolwiek pokrowca.
Jeśli nie wynika to z powyższego opisu, to powiem dobitniej: XB950 zbudowane są bardzo dobrze, bardzo przemyślanie i bez obaw o czas życia całości. Dominuje plastik, ale taki premium, gładki i solidny w dotyku. Metalowe wstawki służą czemuś i daleko im do roli wyłącznie sloganu reklamowego (patrzcie! nasze słuchawki "są z metalu"!). Absolutnie nic nie trzeszczy lub skrzypi, spasowanie jest perfekcyjne. Duże brawa należą się projektantom, bo ich dzieło jest po prostu ładne. Nawet oznaczenie stron rozwiązano przyjemną prostotą - lewe widełki mają wybrzuszenie w strategicznym miejscu. Po co komu alfabet Braille'a na słuchawkach, skoro można tak?
Kabel. Nie jest, niestety, odpinany. Do tego odchodzi od obu nauszników. Cóż, trudno. Jest też z rodzaju płaskich, co ma zapobiegać plątaniu, ale też utrudnia zwinięcie, czy upchanie do kieszeni. A, przepraszam, o żadnym upychaniu do kieszeni nie może być mowy, bo kabla mamy raptem troszkę ponad metr. Wtyk jest kątowy, pozłacany i z trzema punktami styku, czyli do androida/iphona. No i tu kłopot, bo zwyczajne wetknięcie go w przejściówkę na duży jack nie działa. Mi się udało usłyszeć dźwięk dopiero po wypuszczeniu wtyku około milimetr z przejściówki. To bardzo utrudnia, jeśli nie uniemożliwia, korzystanie ze słuchawek w towarzystwie domowego sprzętu audio.
Jeśli chodzi o wygodę, to nie ma na co narzekać. Jest odpowiednio, z minimalnym dociążeniem, które jednak częściej odczujemy poprzez wibracje basu, niż ciężar konstrukcji. Odrobina poduchy na pałąku pomaga. Pady są wokółuszne tylko w połowie, bo zamiast otaczać ucho, połykają małżowinę i grają tak po zjeżdżalni, prosto w kanał. Nietypowe, ale wygodne.
Niniejsze słuchawki reklamowane są jako model Bardzo Basowy. Zaczynam więc od opisu częstotliwości niskich, których tu faktycznie nie brakuje. W ich odbiorze ważna jest jednak również realizacja nagrania, o czym się często zapomina. Bywało zatem, że mruczały grzecznie w tle, dodając tylko pazurka rozgrywanej muzyce, ale podobnie bywało, iż grzmiały niczym artyleria, bombardując słuch i pozostałe pasma. Sony proponuje bas głęboki, autentyczny, poruszający i z zapasem mocy, co przekłada się na jego ruchliwość. To przyjemne odczucia, kiedy porównać je do chociażby ATH-WS55, w których potęga dolnego pasma jest trochę wymuszona, zduszona. Dolne pasmo ochoczo odzywa się, kiedy go potrzeba, ale w pozostałych przypadkach nie znika, jedynie ogranicza swą działalność do podbudowania brzmienia i okazjonalnego przypomnienia o sobie. Zaskakująco dobrze sprawdzało się to w realizacjach popu i j-popu sprzed dwudziestu, trzydziestu lat, wspaniale dopełniało doznań ambientalno-powolnych z dowolnego okresu. Z nowszych tytułów oczywiście rytmiczno-techniczne produkcje poczują się jak u mamy. Czyli: wszędzie tam, gdzie przecięcie dolnego i średnio pasma częstotliwości nie jest nadużywane. Nowy produkt Sony nie bardzo brzmiał z formami gitarowymi, gdzie buczał tym mocniej, im mocniejszy jest przekaz, tym bardziej zahuczał muzykę, im bardziej grzmiący utwór próbował zabrzmieć.
Średnica, czyli to, co ma główny udział w naszym odbiorze dźwięków muzycznych, jest lekko detaliczna, bardzo muzykalna i przyjemna w odbiorze. Zazwyczaj, chociaż nie zawsze, opiera się zakusom basowej artylerii na przejęcie kolejnych ziem we władanie. Wokale nie oczarowują, ale nie muszą, aby zapewnić udane doznania. Wszelkie instrumenty brzmią poprawnie, jednak zawsze z niezbywalnym duchem zawsze obecnego basu, co w efekcie daje wrażenie nieznacznego wycofania, jak to często bywa w nausznikach z funkcją wibracyjnego masażu uszu.
Górne pasmo przykryto kocykiem, co łatwo zauważyć i zmiana źródła niewiele tu dała. Kocyk ten wprawdzie niezbyt na mrozy, cienki i ze szlachetnego materiału, więc przepuszcza słuszne ilości przyjemnych dźwięków, no ale wciąż nie jest to pełnia muzycznego obrazu. Można oczywiście popracować equalizerem i dać sobie tym słuchawki o brzmieniu wartym sporo więcej, niż ich cena rynkowa, gdyż po ściągnięciu kocyka górne pasmo gra satysfakcjonująco, z odrobiną detaliczności i rasową muzykalnością.
XB-950 są słuchawkami zamkniętymi, więc szerokością sceny nie zaczarują. Nie ma jednak tragedii, bo instrumenty separują się grzecznie, czasami zaskakująco daleko od środka. To głównie zasługa świetnej stereofonii, źródeł pozornych z przodu lub z tyłu głowy nie uświadczymy.
+ budowa, wygląd
+ wygoda
+ głębia i moc basu
+ ogólna muzykalność i radocha
- mało detaliczne brzmienie
- brak akcesoriów
- problemy z przejściówkami na duży jack
- krótki, nie odpinany kabel
Do tych słuchawek polecam album: FEZ OST by Disasterpeace
Przedstawione tu opinie są opiniami autora i swoim istnieniem nie stanowią ataku na opinie kogokolwiek innego. Wszelkie zdjęcia, tekst oraz inne materiały należą do autora (jeśli nie zaznaczono inaczej) i objęte są prawami autorskimi.
Ja natomiast dzisiaj inaczej. Ja o słuchawkach, które w chwili pisania tego tekstu ledwo, ledwo świtają nad nadbałtyckimi ziemiami. Jak się sprawdzą w walce o miejsce na muzycznej mapie Polski?
OPAKOWANIE
Pudełko jest bardzo ładne i schludne, pełne konkretnych informacji i niezobowiązujących ujęć skrywanego przedmiotu. Spodziewałem się po Sony nieco efekciarstwa, ale tutaj jest go brak. I dobrze.W środku czeka na nas drugie pudełko, z eleganckiej, lakierowanej na czarno tektury. Otwiera się je prawie jak książkę, by ujrzeć efektownie (nie efekciarsko!) zaprezentowane słuchawki. Dostajemy jeszcze pomijalną broszurkę i to wszystko. Brakuje przejściówki na większy wtyk jack (o tym później), a przede wszystkim jakiegokolwiek pokrowca.
BUDOWA I ERGONOMIA
Pierwsze uwagę zwracają metalowe, grawerowane, tajemniczo (mój model jest w czerni) lśniące pokrywy przetworników. Metal to ani gruby, ani ciężki, ale robi odpowiednie wrażenie. Otoczony jest plastikowym pierścieniem, z dużym otworem bass reflex u góry. W całość, niejako wpuszczone do wewnątrz, wtapiają się pady - grube, miękkie poduchy z ekoskóry. Te mini-głośniki zawieszone są na ciekawie ukształtowanych widełkach, zakończonych bloczkiem ze śrubami, który z kolei obrotowo łączy się z pałąkiem. Ten natomiast to paski plastiku i metalu, ciekawie powsuwane w siebie i pozazębiane, by umożliwić rozsuwanie, a jednocześnie zapewnić jakąśtam trwałość konstrukcji. Od obu nauszników odchodzi kabel, wpięty pod lekkim kątem, płaski i niemiłosiernie krótki. W jego lewej odnodze, przed sumatorem a blisko twarzy, tkwi jednoprzyciskowy pilot z mikrofonem w formie dziurki.Jeśli nie wynika to z powyższego opisu, to powiem dobitniej: XB950 zbudowane są bardzo dobrze, bardzo przemyślanie i bez obaw o czas życia całości. Dominuje plastik, ale taki premium, gładki i solidny w dotyku. Metalowe wstawki służą czemuś i daleko im do roli wyłącznie sloganu reklamowego (patrzcie! nasze słuchawki "są z metalu"!). Absolutnie nic nie trzeszczy lub skrzypi, spasowanie jest perfekcyjne. Duże brawa należą się projektantom, bo ich dzieło jest po prostu ładne. Nawet oznaczenie stron rozwiązano przyjemną prostotą - lewe widełki mają wybrzuszenie w strategicznym miejscu. Po co komu alfabet Braille'a na słuchawkach, skoro można tak?
Kabel. Nie jest, niestety, odpinany. Do tego odchodzi od obu nauszników. Cóż, trudno. Jest też z rodzaju płaskich, co ma zapobiegać plątaniu, ale też utrudnia zwinięcie, czy upchanie do kieszeni. A, przepraszam, o żadnym upychaniu do kieszeni nie może być mowy, bo kabla mamy raptem troszkę ponad metr. Wtyk jest kątowy, pozłacany i z trzema punktami styku, czyli do androida/iphona. No i tu kłopot, bo zwyczajne wetknięcie go w przejściówkę na duży jack nie działa. Mi się udało usłyszeć dźwięk dopiero po wypuszczeniu wtyku około milimetr z przejściówki. To bardzo utrudnia, jeśli nie uniemożliwia, korzystanie ze słuchawek w towarzystwie domowego sprzętu audio.
Jeśli chodzi o wygodę, to nie ma na co narzekać. Jest odpowiednio, z minimalnym dociążeniem, które jednak częściej odczujemy poprzez wibracje basu, niż ciężar konstrukcji. Odrobina poduchy na pałąku pomaga. Pady są wokółuszne tylko w połowie, bo zamiast otaczać ucho, połykają małżowinę i grają tak po zjeżdżalni, prosto w kanał. Nietypowe, ale wygodne.
BRZMIENIE
Słuchawki testowałem z użyciem wysokiej jakości plików audio, z których najsłabsze to mp3 320kbps, oraz oryginalnych płyt CD. Użyty sprzęt to: Focusrite 2i4 (do odsłuchu z PC), Matrix M-Stage sparowany z Kenwood DP-990D, iRiver S100, HTC One M7. Wszelkie dodatkowe okablowanie marki Klotz lub Cordial, z wtykami Neutrik. Gatunki muzyczne przewinęły się wszelkie, od ambientu, przez różnej maści elektroniczne wytwory, po pop, j-pop, przeróżny rock, metal różnych odmian, szczypta jazzu i klasyki.Niniejsze słuchawki reklamowane są jako model Bardzo Basowy. Zaczynam więc od opisu częstotliwości niskich, których tu faktycznie nie brakuje. W ich odbiorze ważna jest jednak również realizacja nagrania, o czym się często zapomina. Bywało zatem, że mruczały grzecznie w tle, dodając tylko pazurka rozgrywanej muzyce, ale podobnie bywało, iż grzmiały niczym artyleria, bombardując słuch i pozostałe pasma. Sony proponuje bas głęboki, autentyczny, poruszający i z zapasem mocy, co przekłada się na jego ruchliwość. To przyjemne odczucia, kiedy porównać je do chociażby ATH-WS55, w których potęga dolnego pasma jest trochę wymuszona, zduszona. Dolne pasmo ochoczo odzywa się, kiedy go potrzeba, ale w pozostałych przypadkach nie znika, jedynie ogranicza swą działalność do podbudowania brzmienia i okazjonalnego przypomnienia o sobie. Zaskakująco dobrze sprawdzało się to w realizacjach popu i j-popu sprzed dwudziestu, trzydziestu lat, wspaniale dopełniało doznań ambientalno-powolnych z dowolnego okresu. Z nowszych tytułów oczywiście rytmiczno-techniczne produkcje poczują się jak u mamy. Czyli: wszędzie tam, gdzie przecięcie dolnego i średnio pasma częstotliwości nie jest nadużywane. Nowy produkt Sony nie bardzo brzmiał z formami gitarowymi, gdzie buczał tym mocniej, im mocniejszy jest przekaz, tym bardziej zahuczał muzykę, im bardziej grzmiący utwór próbował zabrzmieć.
Średnica, czyli to, co ma główny udział w naszym odbiorze dźwięków muzycznych, jest lekko detaliczna, bardzo muzykalna i przyjemna w odbiorze. Zazwyczaj, chociaż nie zawsze, opiera się zakusom basowej artylerii na przejęcie kolejnych ziem we władanie. Wokale nie oczarowują, ale nie muszą, aby zapewnić udane doznania. Wszelkie instrumenty brzmią poprawnie, jednak zawsze z niezbywalnym duchem zawsze obecnego basu, co w efekcie daje wrażenie nieznacznego wycofania, jak to często bywa w nausznikach z funkcją wibracyjnego masażu uszu.
Górne pasmo przykryto kocykiem, co łatwo zauważyć i zmiana źródła niewiele tu dała. Kocyk ten wprawdzie niezbyt na mrozy, cienki i ze szlachetnego materiału, więc przepuszcza słuszne ilości przyjemnych dźwięków, no ale wciąż nie jest to pełnia muzycznego obrazu. Można oczywiście popracować equalizerem i dać sobie tym słuchawki o brzmieniu wartym sporo więcej, niż ich cena rynkowa, gdyż po ściągnięciu kocyka górne pasmo gra satysfakcjonująco, z odrobiną detaliczności i rasową muzykalnością.
XB-950 są słuchawkami zamkniętymi, więc szerokością sceny nie zaczarują. Nie ma jednak tragedii, bo instrumenty separują się grzecznie, czasami zaskakująco daleko od środka. To głównie zasługa świetnej stereofonii, źródeł pozornych z przodu lub z tyłu głowy nie uświadczymy.
PODSUMOWANIE
Nowości od Sony słuchało mi się przyjemnie i często z uśmiechem, kiedy akurat trafiłem na nagranie, które zostało odpowiednio dla tych słuchawek zrealizowane. Wtedy błyszczą, cieszą doznaniem napięć, wybrzmień i drgnięć nauszników na uszach. Trzeba jednak uważać, bo zdarza się też sytuacja odwrotna, nagranie akurat niefortunne, i wtedy bas pożera wszystko. No chyba, że ktoś tak akurat lubi.+ budowa, wygląd
+ wygoda
+ głębia i moc basu
+ ogólna muzykalność i radocha
- mało detaliczne brzmienie
- brak akcesoriów
- problemy z przejściówkami na duży jack
- krótki, nie odpinany kabel
Do tych słuchawek polecam album: FEZ OST by Disasterpeace
Przedstawione tu opinie są opiniami autora i swoim istnieniem nie stanowią ataku na opinie kogokolwiek innego. Wszelkie zdjęcia, tekst oraz inne materiały należą do autora (jeśli nie zaznaczono inaczej) i objęte są prawami autorskimi.
Labels:
recenzje sprzętu,
słuchawki,
sony
wtorek, 14 października 2014
Virlyn - Man Asleep
Za pierwszym razem mój umysł nie zauważył tak do końca, że słucha, zatransowany i zapracowany wyliczaniem kolejnych skojarzeń dźwiękowych - a tu brzmi jak Nemezis, a to przywołuje ducha Alio Die, ach tak, jeszcze mi przypomina Deathprod. O nie, mruknąłem sam do siebie, tak być nie może. Posłuchałem raz drugi, trzeci, dużo. Nie nudziłem się z pewnością, bo "Man Asleep" to twór znakomity.
Już początek zdradza nadchodzące niebanalności. Chruszczące, tajemnicze tło skupia uwagę, by po chwili zaczarować prostym, dwutrzynutowym pochodem - niepokojącym, subtelnym, fascynującym. Dalej jest podobnie, nienachalna elektronika brzęczy i świerszczy w towarzystwie powykrzywianych duchów instrumentów klasycznych oraz nagrań terenowych, kuchennych, łóżkowych, nieidentyfikowalnych. Chwilami czuć odrobinę światła słonecznego, moment oddechu od mrocznych zakusów tych dźwiękowych konstrukcji, ale większość czasu spędzimy w zasnutych mgłą pokojach zapomnianych domostw, cieknących od deszczu zapleczach filharmonii i zaskoczonych naszą obecnością czeluściach pierwotnych lasów. Virlyn kreuje impresje, które chciałbym usłyszeć w kontemplacyjnym filmie grozy i smutku, straszącym szczerością emocji i niedopowiedzeniem mistycznych scenerii. Mamy tu do czynienia z ambientem jako narzędziem, z jego arsenałem środków i technik studyjnych i merytorycznych, do nieskrępowanego kreślenia obrazów i uczuć, bez oglądania się na muzyczne gatunki.
Album kończy się nagle, milknąc tuż po kilku minutach melodycznych pogłosów, pozostawiając leciutki niedosyt. Dlaczego tych wspaniałości nie może być więcej? Dlaczego te zachwycające impresje muszą być tak krótkie? Pozostaje posłuchać całości raz jeszcze, co bez znużenia i z ochotą czynię, skuszony tym ulotnym filmem bez słów.
Labels:
recenzje muzyki,
virlyn
czwartek, 27 marca 2014
Automatik - Cosmoson5
Zwykłem poruszać się po grząskich gruntach muzyki merytorycznie poważnej, zadumanej, mistycznej i tajemniczej. Taki już zapewne los osoby nieskorej do prostej rozrywki. Tym bardziej, ku mojemu zaskoczeniu, zachwycam się jednostkowym, zapomnianym, dawnym dziełem polskiego duetu Automatik.
Urocze chmurki na okładce sugerują już na wstępie jedną z podstawowych zalet opisywanego albumu - żywą, niewymuszoną przestrzeń. Bez tricków i premedytacji, każdy z pięciu utworów płynie antyklaustrofobiczną motoryką, której trudno odmówić przyjemnego rozpędzenia. Bo jest też 'Cosmoson5' albumem zorientowanym rytmicznie i repetytywnie. Wiele straci jednak ten, kto zrezygnuje z audycji, zniechęcony powtarzalnością struktur. Tu nie ma nic minimalnie i ubogo; prostota kompozycji, urozmaicenie melodyczne, mnogość improwizacyjnych zagrywek sprawiają, że beat nie razi, nie nuży, a zamienia się w silnik, napędzający muzyczny odrzutowiec. Nie przewidziano miejsca na nudę, ale też nie zastępowano jej udawaniem, że ma Automatik ambicje na bycie dziełem ważkim i ciążącym na sercu. Te dźwięki to znakomita rozrywka, odjechany chillout, który wygrywa z wieloma innymi albumami na gruncie częstych odsłuchów. Jak dla mnie, "Gajkowale" mogłoby sobie pogrywać nawet godzinę.
Labels:
automatik,
recenzje muzyki
Subskrybuj:
Posty (Atom)



































